Forum Forum Ferajny Strona Główna Forum Ferajny
Forum Świstaków
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Dziewica Slytherinu
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Forum Ferajny Strona Główna -> Fan Fiction
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Mierzeja




Dołączył: 27 Gru 2006
Posty: 675
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz

PostWysłany: Wto 23:42, 30 Cze 2009    Temat postu:

61
Po przejściu przez kilka dziur – przepychanie się przez parę otworów celem uzyskania pierwszeństwa – przejściu kilku pomieszczeń z bliżej nieokreślonych światów, znaleźli się dokładnie po przeciwnej stronie Hogwartu.
-Jak… to… się… stało?
Snape zdziwił się zdziwieniem Blacka:
-Nic się nie stało. To normalne.
-Normalne?
-Jaknajniebardziej. – odparł Severus.
-Co – spytał Łapa.
-Ona potrafi to zrobić – mruczał pod nosem Miszczunio. – Tylko kto spowodował jej zachwianie równowagi? – poczuł, że ktoś ciągnie go za szatę. Był to oczywiście Syriusz.
-To Sam. – upewnił się. – Ale dlaczego – dopytywał się dalej, omiatając wzrokiem pomieszczenie składziku – doszliśmy tu bez przechodzenia przez dziedziniec?
-Przejście międzywymiarowe – mruknął Severus – niezwykle rzadkie i teoretycznie nie może powstać poza biblioteką. Ciekawe.
Ni mniej nie więcej tylko pojawił się orangutan (tu i teraz). Chwycił zszokowanego Severusa za połę szaty i pociągnął Miszczunia w bliżej nie określonym kierunku. Syriusz podążył za tą dziwną dwójką niczym pies za babcią z torbą pełną kiełbasy (jakiekolwiek podobieństwo do czegokolwiek w całej tej książce jest niezamierzone i należy tylko przypisywać je dziełu przypadku, mi i nie tylko – dop. Aurora).
Po chwili bibliotekarz, porzuciwszy Severusa (jak on mógł!), zanurkował między stosy różnych dziwnych rzeczy w niczym nieprzypominających czegokolwiek innego. Orangutan wygrzebał panią Pomfrey w stanie braku przytomności i czegoś tam jeszcze.
-Co ona tu robi? – spytał Syriusz, gdy odebrali z rąk małpy (bez obrazy) ofiarę Sam.
-Nie wiem, ale mam złe przeczucia – oświadczył Snape, poczym dodał – Wiesz…
-Nie. – odparł Syriusz.
-Nie przerywaj – kontynuował Severus – Te dziury w murze zostały spowodowane przez Sam przy użyciu Poppy.
-Tak? – spytał inteligentnie Syriusz.
-Uuk. – dodał orangutan.
-Hej! Nie przerywajcie.
-No dobrze.
-Uuk.
Tu zapadła niezręczna cisza, gdyż okazało się, iż profesor Snape nie ma już nic do powiedzenia.
-Trzymaj lepiej – wtrącił celem ratowania swego obrazu w oczach orangutana.
-Trzymam – odparł zgodnie z prawdą Black. – Tylko po co to robimy?
-Masz rację. Niewidzialne nosze. – i oczywiście pojawiły się.
Po ułożeniu pani Pomfrey w pozycji bocznej ustalonej, pokierowali noszami do gabinetu dyrektora.


62
-Słyszeliście? – spytała Andy Mirtle.
-Co? – spytała (również, a jakże?) Chomik.
-Ministerstwo Magii odkryło, że ktoś się teleportował z Hogwartu.
-I co z tego? – burknęła Chomik znad książki. – Sam to potrafi.
-Czekaj. – kontynuowała Mirtle. – Nie wiesz jeszcze, gdzie ten ktoś wylądował.
-No gdzie? – spytała Bu.
-W firmowym butiku B&B w Paryżu i ubrał się w najlepsze i najdroższe ciuchy.
-No? – Chomik miała ochotę ziewnąć.
-Zapakowała ciuchy i chciała opuścić lokal. – odparła Andy.
-Tak. – to Bu.
-Ziew – to Chomik.
-Niezwłocznie wysłano do Paryża komisję. W tym czasie ten ktoś się telepnął gdzie indziej. – tłumaczyła Andy.
-Może przejdziesz do konkretów? – zasugerowała Chomik, okazując cień zainteresowania.
-Sam Knot pojechał sprawdzić tą sprawę i wiecie, co usłyszał od sprzedawcy? – spytała Mirtle.
-Nie. – odparły zgodnie z prawdą Gryfonki.
-Knot musiał zająć się nim osobiście. – tłumaczyła. – Gdy tylko udało się coś z niego wydusić, zaczynał nerwowo obgryzać paznokcie.
-I? – spytała Bu.
-Knot oddał go do wydziału psychomagii, a po dwóch godzinach dostał raport. Podobno po przeczytaniu minister schował się pod biurkiem. – oświadczyła.
-Co? – spytała Bu.
-Doznał szoku.
-Dlaczego? – to tu to Chomik.
-Mogę wam przeczytać treść raportu, a wy mi powiecie, kto to był. – oświadczyła Mirtle. Siadła w fotelu i odczytała wyraźnie treść krótką i wymowną:
-„Mugol bredzi coś o materializacji z powietrza, pakowaniu wszystkiego, co możliwe, do szkatułki o wymiarach 20x30x20cm i dziewczynie z dziwnym wzrokiem i włosach (długich lub bardzo długich) koloru blond”. To koniec. – oświadczyła.
-SAM! – wydarła się Chomik.
-No tak. – dodała Bu. – Tylko co ona Knotowi zrobiła?
-To tajemnica zawodowa Dziewicy. – odparła Andromeda.


63
-Dumbledore! – Severus potrząsnął dyrektorem. – To ja! – pomachał mu dłonią przed nosem. – Ten nieznośny Snape! – machał dalej.
W polu widzenia pojawił się też Syriusz.
-I ja! – też pomachał.
-Ahaaaa – odparł Albus, podnosząc jedną rękę i próbując ustalić, kto jest kto.
-Ile widzisz palców? – spytał Syriusz, podsuwając przed skołowany wzrok Dumbledore’a dłoń z wystawionymi dwoma palcami.
-O… osiem. – oświadczył dyrektor.
-Co? – spytał Snape.

***

Ci ludzie są dziwni – myślał orangutan, idąc pod „Rozbity Bęben”.
-Słucham? – spytał barman. – To co zwykle?
-Uuk. – odparł bibliotekarz.
-Klatchiańską kawę? Bardzo proszę. – i podał kubeczek orangutanowi.

***

-Uuk… uuk. – oświadczył orangutan, przepychając się obok Syriusza i Severusa, poczym napoił Albusa kawą. Właściwości trzeźwiące tej kawy opiewali poeci i nie tylko.
Oczywiście dyrektor natychmiast oprzytomniał i problemy przygwoździły go jak coś, co spadło z bardzo wysoka, a już na początku można powiedzieć, że to nie było swobodne spadanie (ewentualnie wystrzał z armaty) (?).
-Uuk – oznajmił orangutan, poklepując Albusa po ramieniu.
-Tak, tak. – odparł Albus, pozbywając się odnóża chwytnego bibliotekarza z własnego ramienia. – Wiem, co to kac, ale taki?!
-Chwileczkę. – tu Severus wsypał jakieś bliżej nieokreślone substancje do pierwszej szklanki, jaka mu się napatoczyła. Umieścił tam zawartość własnej garści, dodał coś, co się nie kwalifikowało jako cokolwiek innego (bo Jurand jest bikini). Wymieszawszy zawartość, podał to Dumbledore’owi.
-Pij. – oświadczył.
Należy wspomnieć tylko o dziwnej minie Albusa podczas przelewania płynu z jednego pojemnika do własnego ustnika. Najwidoczniej smak nie był najlepszy, ale musiała (całość) skutkować, bo kac minął, jak łapką odjął.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Mierzeja




Dołączył: 27 Gru 2006
Posty: 675
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz

PostWysłany: Wto 23:42, 30 Cze 2009    Temat postu:

64
-Więc Sam terroryzuje Paryż? – spytała Bu.
-Nie wiem (ziew) – to Chomik. – Spać mi się chce. – oświadczyła.
-Jest1.30 AM – dodała Andy. – Może byśmy tak poszły spać, bo jutro są eliksiry.
-Sam terroryzuje świat i nie tylko – oświadczyła Bu.
I poszły spać.

***

Gdy tylko udało się doprowadzić Dumbledore’a do stanu używalności publicznej, Syriusz i Severus zostawili mu nieprzytomną panią Pomfrey. Dumbledore postanowił się nią zająć i obiecał opiekować się dobrze osobą Poppy (bez skojarzeń, ma się rozumieć).

***

Syriusz i Snape podążali gdzieś korytarzem VI. Chcieli jakoś zlokalizować Sam. I nagle przed nimi wylądowała jakaś postać z górą blond kłaków. Wylądowała na podłodze i nie zwróciła uwagi na osoby mogące tu być.
-Muszę zapamiętać – mruczała do siebie pod nosem Mierzeja. – że do teleportacji zdejmuje się buty ze względu na zakrzywienia osnowy i problemy z lądowaniem.
Black złapał swą szczękę i wstawił ją na właściwy tor ze względu na to, że mu spadła. Pomógł to zrobić Severusowi, bo on sam (bynajmniej nie Sam) nie był w stanie wykonać żadnego ruchu.
Dziewica Slytherinu podniosła się z trudem. Blond szopa spłynęła wdzięcznie wszędzie wokół.
-Te kłaki. – Sam pozbierała czuprynę i stworzyła ładny kok. Zaklęciem poprawiła niesforne włosiny i odmaszerowała, zostawiając za sobą zapach dobrych perfum.
-Ładna jest. – oznajmił Syriusz, wodząc wzrokiem za dziewczyną, więc dostał w łeb od Miszczunia.
-Ała!
Oto główne powody:
1)Miszczunio mówi: „Nie gap się takim wzrokiem na Sam”
2)„Odczep się od Dziewicy”
3)„Wzrok wsadź gdzie indziej, bo ci oczy wydrapię”
Black miał szczęście, ponieważ zarobił jedynie w czaszkę. (Żadne istotne narządy nie zostały uszkodzone. – dop. Chomik)
-Nie gap się na nią. – wycedził Severus.
-No dobra. – odparł Syriusz, rozcierając obolałą część ciała.


65
-Gdzie ja jestem? – spytała pani Pomfrey.
-W moim gabinecie. – oświadczył Dumbledore. – Odzyskałaś przytomność, co uważam za pomyślną nowinę, którą widzą me oczy.
-Co ty bredzisz? – spytała Poppy.
-Nic – kontynuował tym nijakim tonem głosu Albus. – co mogłoby zirytować taką cudną istotę jak ty, która potrafi…
-Chwilę. – przerwała mu Poppy, podnosząc się z kanapy. – Dlaczego bredzisz? To chyba ja uderzyłam się w głowę. – zasugerowała.
-Masz niezaprzeczalną rację. – odparł Albus.
-Poza tym nie jestem panią Ogg i do mnie nie masz prawa tak się zwracać. – oświadczyła.
-Dobrze.
-A jak ja się tu dostałam? – spytała po chwili, która pozwoliła jakoś pozbierać myśli Dumbledore’owi.
-Syriusz i Severus cię przynieśli. – oświadczył dyrektor.
-Nie pamiętam nic oprócz dziwnego wzroku tej dziewczyny, jakiejś złotej pajęczyny i okropnego bólu głowy.
-Moc się uwolniła i zapanowała nad nią – oświadczył Dumbledore z miną człowieka doinformowanego. – i przebiła tobą ściany osnowy międzywymiarowej oraz zwykły, hogwarcki mur.
-Naprawdę? – spytała Poppy.
-Tak. Przebiła tobą dziewiętnaście ścian i dopiero dwudziesta cię zatrzymała.
-Ale żyję? – upewniła się pani Pomfrey.
-Oczywiście. – oświadczył. – Jesteś tak samo materialna jak zwykle. (Albo nawet bardziej – dodał w myślach).

***

Wejście Sam do pokoju wspólnego pozostało niezauważone tylko na skutek braku ludziów. Za to poranek okazał się istną bombą zegarową. Poranek 9 grudnia to było coś, co się nie dzieje codziennie, ba, nie dzieje się nawet co drugi dzień, o latach nie wspominając.
-Cześć wszystkim. – oświadczyła Sam, wchodząc do pokoju wspólnego odziana podobnie, jak dnia (a raczej nocy) poprzedniego, lecz dnia dzisiejszego w bluzkę zieloną (jak sztandary Slytherinu) i czarną spódniczkę. Szpilki pozostały takież same tzn. czarne. (Jeśli kogoś nudzą opisy, to niech ich nie czyta – dop. Aurora).
To „Cześć wszystkim” przewróciło do góry nogami nastroje w pokoju i nie tylko. Co starsi Ślizgoni, którzy do tej pory nie zwracali na nią (tzn. Sam) uwagi, doznali dziwnego uczucia, że gdzieś kiedyś już ją widzieli, ale gdzie i kiedy – to pytanie pozostawało bez odpowiedzi.
Pierwszy ocknął się Malfoy.
-Cześć, Mierzeja. – tyle powiedział nie jąkając się, ale nerwowo przełknął ślinę.
-Cześć Draco. – odparła Sam, mocując się z zapięciem własnej torby i jednocześnie próbując utrzymać swoją fryzurę w jakichkolwiek ryzach.
-Może ci pomóc? – spytał Malfoy i bez problemu zapiął torbę Dziewicy Slytherinu.
-Dzięki. – powiedziała. Pragnę tu zauważyć, że wszyscy Ślizgoni patrzyli na scenę i byli w dalszym ciągu oniemieli. Należałoby tu wspomnieć o tym pełnym zakochania i uwielbienia i takich tam rzeczy wzroku Malfoya.
Sam nie zwróciła na to niejakiej uwagi.
-Mogę ponieść twoją torbę? – spytał Draco.
-Jak chcesz. – odparła Sam, wdzięcznie podając mu zbiór wszelakich podręczników i nie tylko, zamkniony w opakowaniu z jakiegoś dawno wymarłego gada.
Malfoy ugiął się pod ciężarem i pomyślał:
-Co ona tam nosi? Mugolskie cegły? Ale mi się podoba. (Ale co? – dop. Aurora) – dodał sam do siebie albo raczej do swych myśli.
Gdy Sam wychodziła na śniadanie, Malfoy wyszedł za nią, drepcząc w odległości 1/2 ramienia własnego od Dziewicy, co nie mogło zagwarantować mu bezpieczeństwa, (tego, no!) niebezpieczeństwa zresztą również, bo któż wie, jakimi drogami zmierza Sam na śniadanie.
Gdy tylko ta śnięta dwójca poszła w siną dal (i nie tylko), Morris Shark spytał Goyle’a:
-Kto to był?
-Malfoy. – odparł Goyle.
-Nie o to mi chodzi. – zirytował się Morris.
-A… to może jeszcze nie poznałeś Sam?
-To jest Sam, czyli Mierzeja, czyli Dziewica Slytherinu, czyli Ktoś Tam Jeszcze.
-To ona? – Shark był niepocieszony [a takie przynajmniej wrażenie miał Goyle, ale odczucia i wrażenia tegoż (tzn. Goyle’a) osobnika są tylko tym, co można opisać następująco: … głód … (toaleta) … głód … nieinteligentna rozmowa o niczym …(toaleta) … głód … sen … kuweta … , więc ta rozmowa przerosła jego możliwości].
-Tak?
-To ta, co jej się zawsze wszystko psuje, co włosie jej sieje się do dywanie i we właściwym czasie Dziewicą one pełnej pauer się stanie, co zawsze (prawie) jest zła, to ta, co pecha ma?!?
-Tak. – odparł Goyle po przeanalizowaniu wszystkich faktów.
-I ona teraz tak wygląda? – dziwił się w dalszym ciągu Morris.
-Tak. – odparł.
-I ona wyszła z Malfoyem! – powiedział Ślizgon (ten bardziej rozumny) nie wiadomo, czy do siebie, czy też do Goyle’a. – Teraz jest ładna. – analizował dalej swe doznania (bez skojarzeń) wzrokowe. – i można się z nią na Pokątnej pokazać – dochodził do dalszych wniosków. I na tym skończył się monolog Sharka. Podjął on decyzję. On… pobiegł za Malfoyem i Sam, krzycząc „Hej! Zaczekajcie na mnie!”. Zresztą nie on jeden. Sam stała się nieodpartą pokusą smaku i aromatu (niekoniecznie tego pierwszego).


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Mierzeja




Dołączył: 27 Gru 2006
Posty: 675
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz

PostWysłany: Wto 23:43, 30 Cze 2009    Temat postu:

66
Wejście Sam do pomieszczenia z założenia przeznaczonego do spożywania posiłków spowodowało liczne zajścia i przejścia, do których architekci nie przystosowali hogwarckich murów. Nie można było pozostać obojętnym na przepłynięcie Mierzei przed własnym nosem, ale właściwie to niekoniecznie nosem, ani niekoniecznie przejście musiało nastąpić przed tobą. Wystarczył jakiś twój sąsiad. (O co tu chodzi? – dop. Aurora). Sam była bardzo mało zainteresowana jakimkolwiek osobnikiem płci odmiennej (co nie oznacza, że interesowała się dziewczynami, bo byłoby to kłamstwem, gdyż Mierzeja nie miała po prostu ochoty na rozmowę z kimkolwiek). Za Dziewicą podążał „kwiat męski Slytherinu”, ona natomiast nie miała ochoty na towarzystwo, jak to sama tzn. osobiście powiedziała, tych „zbędnych elementów dekoracyjnych”.
Przejście obok stołu Gryfonów można opisać tylko w taki sposób: Fred i George, którzy właśnie usiedli – wstali ponownie; Hermiona wytrzeszczyła oczy, ale powiedziała „Cześć” do Sam; Ron, który miał szczery zamiar napić się soku, rozlał zawartość i obryzgał nią Harry’ego, który z kolei nerwowo pocierał oczy, potem zaś i okulary. Ogólnie rzecz ujmując – istny KATAKLIZM.
Podobnie przedstawiała się sytuacja przy stole nauczycielskim. Dumbledore przyjrzał się Sam i stwierdził:
-Ładnie wyglądasz.
-Dzięki. – odparła, poczym usiadła przy stole Ślizgonów.
Syriusz szturchnął Severusa w ramię.
-To nam się to nie wydawało.
-No. – odparł po chwili.
To były skutki minimalne. Gdy Sam tylko weszła na salę, to profesor Flitwick poplamił obrus kawą, Minerwa spytała „Kto to jest?”, a Trelawney odparła „Sam”.
Sam, usiadłszy za stołem, postanowiła się czegoś napić, ale została jej odebrana przyjemność napełnienia własnego pucharka, bo już Prince proponował sok jabłkowy, Malfoy kawę, Shark proponował czekoladę, a jakiś Krukon chciał się koniecznie umówić z Sam na piątek, mimo że dziś był dopiero poniedziałek.
-Mogę prosić cię, byś za mną poszła na spacer w świetle księżyca? – spytał Borris Nicer.
-Hm… - zaczęła zastanawiać się Sam.
-Proszę.
-Poproszę kawę. – tu uradował się Malfoy i nalał kawy Mierzei.
-Pójdziesz ze mną? – próbował dalej Borris.
-Śmietankę? – spytał Draco.
-Tak. – to Dziewica Slytherinu.
-Dzięki! Zawsze marzyłem, by spotkać kogoś takiego jak ty! – zaczął Nicer.
-To nie było do ciebie – ofuknął go Malfoy.
-Tak? – Nicer był załamany.
-Chodziło o śmietankę. – wytłumaczyła Sam.
-A może coś zjesz? – spytał Prince z nadzieją w głosie.
-A może dalibyście jej święty spokój? – zdanie to należało do Severusa, który zmaterializował się za plecami rozanielonych wielbicieli Dziewicy Slytherinu w sposób całkowicie dla nich niezrozumiały. Zostały (te słowa) wypowiedziane z naciskiem, ale zauroczenie Sam nie pozwoliło wnętrzom czaszek niedoszłych amantów przeanalizować problemu.
-Dziękuję. – powiedziała Dziewica Slytherinu po wypiciu kawy. Snape stał tam, gdzie stał. Ludzie stali tam, gdzie stali i Sam wstała. I wyszła. Malfoy chciał iść za nią, lecz odwróciła się do niego i pogroziwszy mu palcem, stwierdziła słodkim głosikiem:
-Wiesz, co spotyka niegrzeczne żabki, prawda?
Malfoy wiedział aż za dobrze. Nikt inny nie śmiał ruszyć się z miejsca. Dumbledore wykorzystał sytuację i oznajmił:
-Drodzy zebrani! Przez najbliższe dwa tygodnie profesor Snape będzie miał wolne w sensie wolne.
Tu nastąpił wielki aplauz.
-Ale – Dumbledore przebił się przez wiwaty. – Profesor Snape będzie cały czas w szkole.
-Uuu! – wyrazy niezadowolenia i takiż pomruk przetoczył się przez salę.
-Eliksirów do przerwy świątecznej, czyli przez najbliższy czas będzie uczył Syriusz Black.
Taki hałas + aplauz + jeszcze coś i to niespotykane zastosowanie pucharów w celach rzutniczych spowodowało sporo zamieszania.

***

-Dlaczego to zrobiłeś? – spytał w miarę spokojnie Snape.
-Na życzenie pani Pomfrey. – odparł Albus, siadając za biurkiem i wskazując Severusowi fotel naprzeciw.
-Od kiedy to słuchasz poleceń Poppy? – spytał z kpiącym uśmieszkiem Snape.
-Jeśli to, co ona mówi, jest prawdą, zawsze się wówczas liczę z jej zdaniem.
-Ale…
-Nie przerywaj. – stwierdził Albus. – Ona uważa – kontynuował. – że nie jesteś w najlepszej formie.
-Ale… - próbował coś powiedzieć Snape, ale Albus nie pozwolił mu dojść do słowa.
-Albo przestaniesz mi przerywać i wysłuchasz tego, co mam do powiedzenia – ostrzegł (ostrzygł) Miszczunia Dumbledore. – albo wylądujesz w szpitalu. Musisz o siebie dbać. Rozumiesz?
-Tak. Ale co to ma wspólnego z tym, że Syriusz dostał posadę. MOJĄ posadę. – podkreślił.
-Musisz odpocząć. – Albus otworzył szufladę biurka. – Może ciasteczko? – spytał.
-Nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
-Wiem. – odparł Dumbledore. – Mogę cię zapewnić, Severusie, że to tylko tymczasowo. Gdy odzyskasz pełnię sił, odzyskasz również stanowisko. Prosta sprawa. – dokończył.
-Czyli wszystko robicie dla mojego dobra? – spytał Snape. – Pragnę dodać – powiedział, wstając. – że jeśli jeszcze nie zauważyłeś, to nie jestem już dzieckiem.
Poczym wyszedł, trzaskając drzwiami.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Mierzeja




Dołączył: 27 Gru 2006
Posty: 675
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz

PostWysłany: Wto 23:43, 30 Cze 2009    Temat postu:

67
Ślizgoni mieli eliksiry z Gryfonami na dwóch pierwszych godzinach w poniedziałek. Zawsze. Oprócz niejakich dziwności, które działy się zawsze, a dziś działo się coś jeszcze.
Syriusz westchnął – okazało się, że Severus wcale nie ma wspaniałego planu.
-Witam wszystkich. – oświadczył Syriusz, gdy dwie wrogie armie usiadły obok siebie. – Co tu robisz, Sam? – spytał Syriusz, zdziwiony jej obecnością. Malfoy właśnie montował jej kociołek nad palnikiem, wyciągał zestawy ziół i inne niezbędne sprzęta.
-Jestem? – spytała Sam.
-O ile mi się wydaje, to miałaś ćwiczyć. – odparł Black.
-Właśnie to robię. – odparła Sam. – Czy moglibyśmy zacząć?
-Dobrze. Więc… - zaczął Syriusz, lecz przerwała mu niezgoda między Ronem a Malfoyem, kto ma podać Sam nożyk do siekania robali.
-Otworzyć podręczniki na stronie 247, wykonać punkty 1-8 na punkty. I bez awantur. Macie na to dwadzieścia minut. – poczym przeszedł do sąsiedniego pomieszczenia i przyniósł z niego spory kociołek.
-Udało mi się opanować tą dziką zgraję. – pomyślał.
Sam stwierdziła, że tu chodzi o truciznę trójenzymalną porażającą układ nerwowy i oddechowy. Wszystkie składniki umieściła w kotle, zagotowała i eliksir był gotowy. Zajęło jej to pół minuty. Pozostały jej do zrobienia jeszcze dwa punkty. Przelała trochę eliksiru do szklanki, wrzuciła zwiędłą łodygę expencie erie i dodała fiolkę jadu żuka namia. Wymieszała i wlała do kotła, poczym usiadła i zaczęła czytać jakieś opasłe tomisko.
-„Expensier exodus amear” – przeczytał Malfoy.
Harry szturchnął go w bok.
-Czego, gnido? – warknął Draco.
-Poprosiła o to bibliotekarza. – pochwalił się Potter. – Sporo ważyło, ale przyniosłem jej to. – dodał z nieukrywaną dumą. – Dziwny tekst. – kontynuował Potter, mieszając zawartość swojego kociołka. – Zajrzałem do księgi, gdy ją niosłem. By przeczytać choć stronę, należy posłużyć się mocą.
-A ile to ma stron? – spytał Malfoy.
-6248 i 3/4.
-Aha – odparł Draco.
Syriusz wylewitował kociołek na właściwe miejsce i postawił, gdzie trzeba trzymane zestawy narzędzi pomocniczych.
-Czy ktoś już skończył? – spytał.
Sam podniosła rękę.
-Dobrze.
-Co teraz? – spytała Dziewica Slytherinu.
-Wlej zawartość do tego kotła. – polecił. Gdy odtrutka wylądowała tam, gdzie trzeba, Syriusz zwrócił się do wszystkich obecnych:
-Proszę podejść i zostawić to, co tam już stworzyliście.
Wszyscy podeszli i Syriusz powiedział:
-Neville, pozwól na chwileczkę.
-Co? Ja? – spytał zrozpaczony Gryfon.
-Tak.
Gdy tylko Longbottom dotarł do stołu, stanął i czekał. Czekał do czasu aż Hermiona dokończyła truciznę.
-Hermiono, proszę do mnie. – zażądał Syriusz. – Wraz z kociołkiem.
Hermiona przydźwigała swój kociołek i postawiła go obok wielkiego kotła.
Najprawdopodobniej Neville nie miał pojęcia, co stworzyli na lekcji, bo, gdy Syriusz zaproponował, by spróbował tego z kociołka Hermiony, nie protestował. Syriusz nie przewidział jednak pewnych komplikacji, które niewątpliwie nastąpiły, gdyż po wypiciu tegoż trunku, jeśli można to tak nazwać, zaczął słaniać się na nogach – zgromadzeni uczniowie odskakiwali w popłochu. Parice Green, która stał blisko kociołków, próbowała się odsunąć jeszcze dalej i wylała przez przypadek zawartość kociołka na podłogę.
Syriusz przerwał monotonny wykład o działaniu trucizny na załączonym obrazku. Spojrzał ze zgrozą na podłogę. Do kałuży po chwili dołączył Neville.
-Biegnij po panią Pomfrey. – rzucił Black do Malfoya. – I niech ktoś idzie po profesora Snape’a. – dorzucił, pochylając się nad Gryfonem, który już zrobił się siny na twarzy.
-Proszę się odsunąć! – rozkazała Sam tonem nieznoszącym sprzeciwu i wszyscy się odsunęli, nawet Black.
Mierzeja pochyliła się nad chłopakiem i dotknęła jego czoła. Na jej twarzy malowało się skupienie. Po długiej chwili dało się słyszeć tak oczekiwany oddech Neville’a. Sam cały czas klęczała na zimnej, mokrej podłodze. Nikt nie miał wątpliwości, że udało jej się uratować chłopaka.
-Sam.
Podniosła głowę i spojrzała na Syriusza.
-Wstań. – polecił i pomógł jej podnieść się.
-Mierzeja, dobrze się czujesz? – spytała Chomik.
-Tak sobie. – odparła Sam. – Mogę sobie iść? – spytała Syriusza.
-Dobrze. – odparł. – Ale do pokoju wspólnego.
-Aha. – powiedziała Sam.
I wyszła. Wszyscy patrzyli na nią jak znikała w drzwiach. Po chwili w tych samych drzwiach pojawiła się pani Pomfrey. Spojrzała na Neville’a i spytała:
-Myślałam, że on umiera, a to po prostu omdlenie?
-On umierał, ale teraz już nie.
-Widzę. – odparła, a potem zwróciła się do uczniów: – Idźcie sobie.
I wszyscy poszli (to znaczy ci, co mogli, wyłączając zbiór {Syriusz, Poppy}).


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Mierzeja




Dołączył: 27 Gru 2006
Posty: 675
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz

PostWysłany: Wto 23:43, 30 Cze 2009    Temat postu:

68
-Sam, gdzie idziesz? – spytał Snape, widząc Dziewicę Slytherinu podążającą gdzieś w kierunku innym niż można by uważać.
-Do wieży. – odparła.
-Dziwnie blada jesteś. – zauważył, podchodząc do dziewczyny. – Dlaczego nie jesteś w lochach? – dopytywał się Severus.
-Były komplikacje na eliksirach. – odparła.
-Sam?! – spytał z naciskiem, co miało znaczyć: „Z łaski swojej powiedz, co się na tej lekcji stało!”
Tak bladej to jej jeszcze nie widział.
-Chodź. – zaproponował. – Opowiesz mi wszystko przy herbacie.
Zdziwił się, że nie protestowała. Poprowadził ją do swojego gabinetu i posadził na fotelu.
-Usiądź, proszę. – i ona usiadła.

***

-Uratowała mu życie niezaprzeczalnie. – oznajmiła Poppy, gdy dogłębnie zbadała Neville’a. – Ale – dodała – to było jedyne rozwiązanie.
-Aha.
-Radziłabym ci ją znaleźć. – dodała Poppy.
-Dlaczego? – spytał Black.
-Bo to…
-Nie! Tylko nie to! – krzyknął Syriusz i wybiegł ze skrzydła.

***

-Co to była za trucizna? – dopytywał się Severus, potrząsając Sam.
-247 strona 1-6 pkt – Mierzeja była ledwo przytomna. Severus nie musiał sprawdzać tego, co powiedziała.
-Za silne. – mamrotał do siebie. – Kto wymyślił ten podręcznik?!
-Sam, chodź do skrzydła szpitalnego. – zaproponował. Pokiwała twierdząco głową. Pomógł jej wstać. Wyprowadził ją z pokoju. Przeszła tylko kilka kroków i… Severus zdołał złapać ją w ostatniej chwili, bo inaczej miałaby bliskie spotkanie z podłogą.
Szybko przemierzył resztę drogi do skrzydła szpitalnego, niosąc Mierzeję. Gdzieś w połowie spotkał Syriusza.
-To nie powinno się tak skończyć! – oświadczył Black.
-Wiem. – odparł Snape. – Nie rozumiem tylko dlaczego. W normalnych okolicznościach każdy mag, który spróbowałby tego dokonać, padłby trupem. Jej moc powinna ją chronić. – kontynuował. – Chyba, że została zablokowana. Szybciej!
I pobiegli.


69
-Nie ma pojęcia, co jej jest. – oświadczyła Poppy. – Wszystko wygląda tak, jakby moc została uwięziona w jakiejś części umysłu Sam i nie może się przebić.
-Możesz mi wytłumaczyć – poprosił Syriusz – dlaczego ona straciła przytomność?
-To proste. – oświadczyła Pomfrey. – Brak siły w sensie fizycznym spowodował brak możliwości korzystania z mocy.
-Aha.
-I ona teraz może pozostać już w takim stanie na zawsze. – to Poppy.
-Co?! – spytał Syriusz.
-To co słyszałeś. – odparł Snape. – Ale chyba można temu zaradzić.
-Jak? – spytała Poppy.
-Dwa oktogramy. – oświadczył Severus.
-O nie! – zdenerwowała się Pomfrey. – Nie ma mowy! Jeśli chcecie się tak bawić, to nie tu!
-Poppy, zrozum – próbował logicznie argumentować Miszczunio. – to jedyna szansa.
-Nie ma szansy! – odparła Poppy. – To udało się tylko raz, a reszta prób powodowała śmierć i ofiarodawcy mocy, jak i biorcy, albo obustronne szaleństwo.
-Zaryzykuję. – odparł Severus.
-Tu decyzja należy do ciebie. – odparła Pomfrey.
-Wiem. – zgodził się Snape. – Zwołajmy Dumbledore’a, niech on się wypowie.
Albusa nie trzeba było zbyt długo szukać, bo sam przyszedł, gdy tylko dowiedział się, co zaszło w lochach. Na pytanie o rytuał, od którego włos jeżył się na głowie Poppy, dyrektor odpowiedział twierdząco.
-Trzeba tylko sprowadzić jeszcze ośmioro uczniów z pierwszej klasy i dorosłych. Poproś Minerwę, Trelawney, Flitwicka, Filcha, tego włochatego bibliotekarza i Andromedę. – poradził Syriuszowi.
W tym czasie Severus już kreślił na podłodze oktogramy, oznaczał je i nadawał całości międzywymiarowego charakteru.

***

-Pamiętaj, że to, co masz jej dać, ma przypominać promień białego światła. – udzielał instrukcji Albus – I nie za dużo mocy. – dodał po chwili.
-Doskonale to rozumiem. – odparł Severus.
-Uuk. – bibliotekarz poklepał Snape’a po kamieniu.
-Tak, wiem, powoli.
-Co? – spytał Syriusz.
-Nic. – odparł Snape.
-Wszyscy wiedzą, co mają robić? – spytał Albus.
-Tak. – odpowiedziały dzieciaki.
Rytuał się rozpoczął.
Najpierw ustawiono drewnianą ławę w centrum pierwszego oktogramu i na niej umieszczono Sam. Severus stanął na środku drugiego. Potem każdy zaczął robić to, co należało. Pierwszaki odpowiadały na wezwania Dumbledore’a. Profesor Trelawney i Flitwick prowadzili konwersację na zaklęcia po łacinie, a następnie po starogrecku, starofrancusku, staropolsku itd. Andromeda i Syriusz nucili zaklęcie przemiany po przeciwnych stronach oktogramu, tyle że panna Black po łacinie i od początku do końca, a Łapa po saksońsku i od końca.
Takiż rozgardiasz był niezbędny, by w centrum oktogramów wytworzyły się silne pola przekazu. Severus wyczuł odpowiedni moment. Skoncentrował się na promieniu słońca i strużka energii popłynęła do Sam. Snape nie przewidział jednego – zaklęć, które chroniły Dziewicę Slytherinu bez jej wiedzy, na skutek mocy. Uderzenie promienia o pierwszą z nich spowodowało iż Severus się zachwiał niewątpliwie. Kolejna „ściana” okazała się na tyle mocna, że Miszczunio dostał krwotoku z nosa. Szybko wyciągnął chusteczkę i nie przerywając połączenia, chciał natrzeć na kolejną barierę, lecz to ona zaatakowała jego. Tego Severus się nie spodziewał, a ból spowodowany natarciem osłony był niemożliwy do zniesienia, wręcz oślepiał. Severus usłyszał we własnej głowie głos Dumbledore’a: „Biały promień! Otwórz oczy i zobacz, co się dzieje! Myśl pozytywnie!” i na tym kontakt się urwał. Snape z trudem otworzył oczy. Nić była czarna.
-To dla dobra Sam. – pomyślał i nić powoli zmieniła barwę na właściwą, ale bariera atakowała go w dalszym ciągu i to ze zdwojoną siłą. Siłą druzgocącą niemal wszystko. Severus osunął się na kolana.
Bariera rozmyła się, uwalniając Snape’a od cierpienia. Promień dosięgnął Sam. To już nie było „coś dziwnego”, tylko omdlenie, a omdlenia Dziewicy Slytherinu pozwalają jej pochłaniać, asymilować itd. energię z otoczenia.
Dumbledore powtórzył dwa razy formułę zakończenia, ale Severus tego nie słyszał. Jego nie miał kto ratować przed spotkaniem z posadzką.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Mierzeja




Dołączył: 27 Gru 2006
Posty: 675
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz

PostWysłany: Wto 23:44, 30 Cze 2009    Temat postu:

70
-Syriuszu – zwrócił się do Łapy Albus. – Jak do tego doszło?
-Byłem nieodpowiedzialny. – oświadczył Black.
-I poza tym?
-Dopuściłem się poważnych uchybień względem kodeksu Hogwartu. Wiem.
-To to i ja wiem. – odparł Albus. – Ale dlaczego to Severus ratował Sam?
-Mnie sparaliżował strach. – przyznał się Syriusz. – Severus potrafi działać natychmiast.
-Dziś nie wracasz na lekcje. – oświadczył dyrektor. – Idziesz do swojego pokoju odpocząć.
-Dlaczego? – spytał Syriusz.
-Bo wystarczy mi tylko albo i aż, że Snape jest wykończony fizycznie, magicznie i nie tylko.
-Więc dobrze. – zgodził się Łapa. – Ale jutro normalnie pracuję? – upewnił się.
-Oczywiście. – odparł Albus.
-No to do jutra.
-A, jeszcze jedno. – powiedział Dumbledore, gdy Syriusz był przy drzwiach. – Każdy wie, że jesteś animagiem, więc nie próbuj tej sztuczki, by wymknąć się z pokoju. – ostrzegł dyrektor.

***

Sam obudziła się i nie wiedziała, gdzie jest. Jedyne, co pamiętała, to przerażone spojrzenie Severusa, gdy mu powiedziała, co zrobiła i jakim zatruciem, o skutkach nie wspominając, a potem jak Miszczunio prowadził ją gdzieś i… ciemność.
Mierzeja podniosła się do pozycji siedzącej. Do tej pory leżała na jakimś łóżku – jednym z wielu łóżek w skrzydle szpitalnym w Hogwarcie, teraz na nim siedziała. Omiotła spojrzeniem okolicę. Zewsząd widać było ciemność, jakieś kwiatki w postaci badyli i nie tylko. A dalej, na łóżku leżał profesor Snape.
-Co on tu robi? – spytała sama siebie.
-Odpoczywa. – odparła Poppy, podając Sam coś, co Dziewica rozpoznała bez trudu.
-Dlaczego dostaję środek usypiający? – spytała.
-Musisz odpocząć. – oświadczyła Pomfrey.
-Aha. – odparła Sam i wzięła kubek z rąk Poppy, poczym wypiła zawartość.
-Dlaczego tu jestem? – spytała sennym głosem.
-Podziękuj profesorowi Snape’owi, bo gdyby nie on, to nie wiem, co by się działo.
-Aha. – Sam zaczęła zasypiać. – Który dziś? – spytała w przebłysku ostatnich resztek świadomości.
-Dziesiąty grudnia 4.30 – odparła Poppy.
-Jak ten czas… - zaczęła Mierzeja, ale nie dokończyła.


71
-Severusie – zaczął Dumbledore rozmowę ze Snapem, gdy ten się ocknął. – nie do końca zdawałem sobie sprawę z tego, jaki wpływ ma na uczestników seansu całokształt tej twórczości.
-Co? – spytał Severus.
-Och, nieważne. – odparł Albus. – Jak się czujesz? – spytał.
-Wyjątkowo dobrze. – odparł Severus, przeciągając się.
-Wiesz, że to, co mam ci do powiedzenia, nie jest najlepszą nowiną. – upewnił się dyrektor.
-Chyba tak.
-Więc – zaczął Dumbledore – wasza moc została ze sobą związana. Jeśli poziom jej mocy zacznie spadać, to i ty to odczujesz. Całość działa w obie strony. – ostrzegł. – Ten układ dąży do wyrównania poziomów mocy. Tak więc, jeśli ona ma pół, to ty też masz tylko pół swojej mocy.
-To rzeczywiście nie jest zbyt ciekawe. – przyznał Severus. – A co z Sam? – spytał po chwili.
-Ty tylko o nią się pytasz! – zdenerwował się Albus.
-No dobrze, więc jak ona się czuje? – Snape był trochę poirytowany.
-Śpi. – odparł dyrektor.
-Ale to nie jest odpowiedź na moje pytanie. – odparł Severus.
-Jeśli to cię tak bardzo interesuje, to ona jest osóbką, którą dość trudno wykończyć, chyba że sama to znaczy osobiście we własnej osobie będzie tego chciała. – powiadomił go Albus. – Życzę zdrowia. Obowiązki mnie wzywają. – i wyszedł.
Przed drzwiami natknął się na dziki tłum chłopców o wszelakiej maści, wieku, szacie itd., którzy zadawali mu tylko jedno pytanie:
-Co się stało Sam?
-Nic. – odparł niegodnie z prawdą Albus i pognał do swojego gabinetu.

***

Sam ocknęła się późnym popołudniem. Otworzyła oczy i zobaczyła pochylone trzy postacie, które wnikliwie jej się przyglądały. Oczywiście była to Bu, Chomik i Andy.
-Ona żyje. – powiedziała Bu z miną znawcy.
-A co ty myślałaś, że ja się zabić dam? – powiedziała Sam.
Tu nastąpiło pełne dziwacznych zdań powitanie, do którego nic wcześniej ani później nie było podobne.
-Wszystko widziałyśmy. – powiedziała Chomik, gdy wreszcie usiadły po tych uściskach i takich tam.
-Co ty zrobiłaś Neville’owi? – spytała Bu.
-Słyszałam, że można niwelować trucizny mocą, ale to wiąże się z wzięciem na siebie czegoś tam – odpowiedź była oczywiście nie na temat.
-Odpowiedzialności za neutralizację mocy, a nie składników eliksiru. – powiedziała Chomik a miną kogoś tam. – Zneutralizować można ją jedynie we własnym organizmie. – dokończyła.
-Wiesz, że to niebezpieczne? – doinformowała Sam Bu.
-Tak.
-Mogło ci się coś stać. – oznajmiła Andy.
-Ale już jest wszystko w porządku. – powiedziała Mierzeja.
-A teraz idźcie sobie. – powiedziała Poppy, która, nie wiedzieć w jaki sposób, zmaterializowała się tuż za gośćmi Dziewicy Slytherinu.
I dziewczyny sobie poszły. Sam została w skrzydle szpitalnym sama, jeśli nie liczyć Neville’a.
-Zagrasz w pchełki? – spytał Longbottom.
-Chętnie. – odparła.
Pragnę tu poinformować niedoinformowanych, że Severus wyszedł ze skrzydła na skutek opuszczenia tegoż pomieszczenia około południa.


72
Syriusz otarł pot z czoła. Zajęcia z eliksirów nigdy nie były jego mocną stroną, ale nigdy też nie przypuszczał, że prowadzenie lekcji związane jest z takim wysiłkiem. I niekoniecznie musi to być wysiłek intelektualny. W porze lunchu Łapa czuł się jak wymięta gąbka, którą szorowano coś, co nigdy nie chciało się myć. Usiadł koło Severusa i nic.
-Ładna pogoda. – zaczął rozmowę.
-Nie. – odparł Severus.
-Może rzeczywiście masz rację. – powiedział Syriusz, przecierając oczy. – Wiatr jest dość silny, a ten marznący śnieg to już zupełne dno.
-To dlaczego pytałeś o pogodę? – wycedził Snape.
-Chyba tak zaczyna się inteligentną konwersację o niczym? – zasugerował Łapa.
-Nie. – powiedział Severus.
-Możesz mi udzielić jednej rady? – spytał ni stąd ni zowąd tylko skądinąd.
-Czego? – warknął Snape, pochylając się nad talerzem.
-Jutro ostatni dzień sezonu i ostatni mecz. – oznajmił Syriusz. – Kogo mam wystawić?
-Pragnę cię poinformować – wycedził Miszczunio, szturchając Blacka w pierś (nie chodzi bynajmniej o biust), po uprzednim obróceniu się w kierunku ofiary. – że ja – powiedział – tylko nie nauczam, wychowawcą jestem cały czas i nie pozwolę, byś popsuł wszystko, co do tej pory osiągnęliśmy! – pokończył, poczym wyszedł.
-Ludzie, co za życie. – powiedział Syriusz, pochylając się nad talerzem. – Co za życie? – powtórzył.
Z założenia miało to dać lepszy efekt, ale chyba nie dało, bo nikt nie zwrócił uwagi na ten monolog przy stole nauczycielskim.

***

Pojawienie się Severusa w pokoju wspólnym Ślizgonów nie wywołało większych komplikacji niż można by przypuszczać. Snape pojawił się w godzinach wieczornych, gdyż tylko wówczas w tej części Hogwartu przebywała olbrzymia większość jego wychowanków.
-Drużyna do mnie. – oznajmił tymże cudownym tonem, gdzie nuta nakazu dźwięczała bezgłośnie, a coś tam jeszcze nie pozwalało normalnie iść sobie gdzieś tam. Więc oczywiście wszyscy z Malfoyem na czele podeszli do wychowawcy.
-Reszta wynocha. – oznajmił Severus i reszta sobie poszła.
-Malfoy. – tu Miszczunio zwrócił się do Draco. – Jeśli Sam wyzdrowieje w sensie nabrania sił do jutra – ostrzegł. – to ona cię zastąpi.
Draco początkowo otworzył usta, chcąc zaprotestować, ale zamknął je, gdy tylko usłyszał o Sam.
-Ale dlaczego? – spytał ktoś z grupy.
-Bo ja tak mówię. – odparł Severus. – I nie sprzeciwiać się. – ostrzegł.
-Dobrze. – przyznała grupa. I tak to Sam została szukającą Ślizgonów.
-Malfoy, pozwól na chwilę. – zakomenderował Snape. Draco podreptał za Miszczuniem.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Mierzeja




Dołączył: 27 Gru 2006
Posty: 675
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz

PostWysłany: Wto 23:44, 30 Cze 2009    Temat postu:

73
Sam odziana, jak należy i w co należy, opuściła skrzydło szpitalne. Po kilku przemierzonych korytarzach natknęła się na Severusa, prowadzącego gdzieś Malfoya.
-O, Sam! Właśnie cię szukamy. – powiedział Draco.
-Właśnie. Sam, pozwól na chwilę. – powiedział Severus. – To sprawa najwyższej wagi.
-Sugeruje pan, że mam nadwagę?
-Nie, ale to ważne.
-Tak? – spytała Mierzeja.
-Chodźcie. – zakomenderował Snape.
-Ale dlaczego? – Sam stanęła na środku korytarza i zadała to dziwne pytanie.
-Chodź, to ci powiem. – odparł Snape.
-Tu i teraz żądam odpowiedzi! – Sam stanęła ością w gardle pomysłowi Severusa.
-Ludzie! – zagrzmiał Snape. – Chyba powinniście mnie słuchać.
-A wie pan – do rozmowy włączył się Malfoy. – całkiem prawdopodobne, że racja leży nie po stronie Sam.
-Dość tego gadania. – oznajmił Snape. – Do mojego gabinetu.

***

-To dość ważne. – zakomunikował Severus, gdy Sam i Malfoy usiedli we wskazanych przez Miszczunia fotelach. Usiedli byłoby jednak kłamstwem, bo Mierzeja najwidoczniej miała bardzo wiele do zrobienia i nie przejawiała chęci spoczęcia (nie mylić z poczęciem) na którymś z wyżej wymienionych mebli.
Severus postanowił udawać, że tego nie widzi, i całkiem dobrze mu to wychodziło.
-Tak więc od dziś ty jesteś nową szukającą Slytherinu. – zakomunikował Severus z miną człowieka, który jest zadowolony, tylko sam nie wie jeszcze z czego.
-Aha. – odparła Dziewica Slytherinu.
-Jutro ostatni mecz rundy jesiennej. – dodał Malfoy, próbując jakoś załatać dziurę w rozmowie.
-Wiem. – odparła Sam. – Czy to wszystko? – spytała.
-Tak. – odpowiedział Severus. Czuł się jak idiota.
-No to mogę sobie iść? – spytała.
-Nie. – Severus robił się nerwowy. – Draco, wynocha! – i Malfoy sobie poszedł.
-To dlaczego mam tu sterczeć? – dopytywała się Sam.
-Możesz usiąść. – oświadczył Snape.
-Rzeczywiście mogę, ale nie muszę. – zripostowała Sam.
-Proponowałbym, abyś spoczęła i dokładnie zastanowiła się nad tym, co ci powiem. – zapowiedział Severus.
Sam niechętnie usiadła na fotelu.
-O co chodzi? – spytała, krzyżując ręce na piersiach.
-To bardzo ważne.
-Yhym. – odparła Mierzeja z miną człowieka, który jest zły z nieznanych temu (ani tamtemu) światu powodów, i odwróciła głowę.
-Herbaty? – spytał Snape z nadzieją w głosie.
-Nie. – burknęła Sam.
-To bardzo ważne. – powiedział Severus.
-Naprawdę? – spytała Mierzeja z nutą kpiny w głosie. – Nie sądziłam, że tu chodzi o ten aromatyczny napar z liści krzewu herbacianego.
Severus nigdy nie należał do osób cierpliwych. Należał do tych drugich, a zadawanie się z Dziewicą Slytherinu bynajmniej nie było tym, co pomogłoby mu w oszczędzaniu własnych nerwów na cele inne niż niezbędnie konieczne.
-Czy mogę zapytać – zaczął Miszczunio z udaną słodyczą w głosie – co tak zdenerwował księżniczkę?
-Proszę sobie nie robić ze mnie i mojej osoby głupich żartów. – oświadczyła Sam.
-To mi powiedz, co spowodowało u ciebie taką wrogość. – zasugerował. – Nie tylko do mnie, do całej reszty też.
-Dowiedziałam się kilku ciekawych rzeczy. – oznajmiła.
-To powiedz mi jakich. – zasugerował po raz kolejny.
Sam popatrzyła nieufnie na Severusa.
-Nie. – odparła.
-Co to znaczy „nie”?! – zapytał Snape, podchodząc do fotela, na którym siedziała i położył ręce na oparciach fotela, uniemożliwiając, jak sądził, jakiekolwiek wyjście i nie tylko.
-Czego pan ode mnie chce? – spytała Mierzeja takim tonem, jakby rozmawiała z jakimś wyjątkowo obłudnym mugolskim urzędnikiem.
-Powinnaś wysłuchać tego, co mam ci do powiedzenia. – oświadczył.
-Tak?
-Tak, ale najpierw – tu Snape przysunął swą twarz jeszcze bliżej Sam. – uspokoisz się. – dokończył.
-Nie mam czasu. – oznajmiła, zupełnie nie przejmując się tym, że Severus był niby na wygranej pozycji.
-Usłyszysz to, co musisz. – oznajmił.
-Nic nie muszę. – oznajmiła i zniknęła.
Takiej możliwości nie wziął pod uwagę.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Mierzeja




Dołączył: 27 Gru 2006
Posty: 675
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz

PostWysłany: Wto 23:44, 30 Cze 2009    Temat postu:

74
-Dlaczego nie dałaś dokończyć profesorowi Snape’owi? – spytał Dumbledore, bo to właśnie u niego zmaterializowała się Dziewica Slytherinu.
-Nigdy by nie zaczął. – odparła.
-To bardzo ważne. – zaczął dyrektor.
-Profesor Snape również tak twierdził. – odparła.
-Nie przerywaj! – oznajmił. – To nie powinno tak wyglądać.
-Jak? – spytała Dziewica Slytherinu.
-Usiądź. – Dumbledore starał się mówić spokojnie, ale najwyraźniej przebywanie z tą dziewczyną nie wpływało zbyt dobrze na samopoczucie.
Mierzeja usiadła. Jej mina nie wróżyła (bynajmniej nie za pomocą profesor Trelawney) nic dobrego.
-O co chodzi? – powiedziała, akcentując każde słowo.
Dyrektor usiadł na fotelu obok.
-Pamiętasz, co działo się na eliksirach? – spytał.
-Syriusz otruł Neville’a. – powiedziała z całą prostotą.
-Pokrótce to się zgadza, ale co potem?
-Potem?
-Tak.
-Skończył się panu antyperspirant?
-Nie. – Albus był nieco skołowany. – Chodziło mi o następstwo czasów. – zasugerował.
-To było dziwne. – przyznała Sam. – Bo gdy pochyliłam się nad Gryfonem i dotknęłam jego czoła, to nie byłam ja. – Sam nerwowo zacisnęła dłonie w pięści. – Coś mną kierowało, ja tylko patrzyłam! – głos jej drgał.
-A pamiętasz, co zrobiłaś z panią Pomfrey? – spytał Albus, podsuwając Mierzei ciasteczka, które w nieznany jej sposób znalazły się tuż przed nią. – Poczęstuj się.
I Sam się poczęstowała, bo cóż innego mogłaby zrobić.
-Nie wiem, o czym pan mówi. – odparła.
-Nie pamiętasz, jak przebiłaś ściany i kilka wymiarów? – spytał zdziwiony.
-Nie! – z oczu Mierzei wyzierał strach, zdumienie i jeszcze kilka tym podobnych substancji.
-Przebiłaś nią ściany. – oznajmił.
-Nic jej się nie stało? – spytała.
-Na szczęście nie. – odparł. – Oprócz kilku siniaków.
-Nie rozumiem, co się dzieje. – wydukała Sam, podciągnęła kolana na fotel i objęła je ramionami.
-To moc. – uspokoił ją Albus. – To, że widzisz, co się dzieje, oznacza, że zaczynasz nad nią panować.
-Ale dlaczego? – spytała Sam.
-To są wybitnie twoje właściwości. – oznajmił dyrektor. – Czy często czegoś nie pamiętasz? – spytał, poczym, widząc ten metaliczny wzrok Dziewicy Slytherinu, dodał szybko: - Mam na myśli nagłe luki, a nie coś tam innego.
-Moja życie to sito. – odparła, patrząc nie na Dumbledore’a, lecz na najbliższą ścianę. – Babcia zawsze powtarzała, że zostanę kimś wielkim, bo robiłam różne dziwne rzeczy.
-Naprawdę? – spytał.
-W tym sęk, że ja nic z tego nie pamiętam! – zdenerwowała się. – Zawsze budziłam się w moim własnym łóżku z jakimś kompresem na głowie.
-Ciekawe. – zamyślił się Dumbledore.
-To nie jest ciekawe, to jest anormalne i nienormalne zarazem. – odparła.
-Herbaty? – spytał Albus.
-Może. – rzuciła Sam.
Dopiero teraz dyrektor zrozumiał, że ona kiedyś nie potrafiła zupełnie panować nad mocą. Teraz była bardzo bliska chwili, gdy wszelkie możliwości, to znaczy: drzwi wiedzy i doświadczenia, staną przed nią otworem (bynajmniej nie potworem, utworem, wytworem i jeszcze paru innymi).
-Wiesz, co chciał ci powiedzieć profesor Snape? – spytał Albus, gdy Sam wypiła zawartość swojej filiżanki.
-Raczej nie. – odparła.
-Gdy wyssałaś skutki eliksiru z ciała Neville’a, spotkałaś Severusa, to wiem. – powiedział dyrektor. – Snape zaniósł cię do skrzydła szpitalnego, gdyż, jak powiedział później, tak bladej twarzy to on nawet we własnym lustrze nie widział. – kontynuował, podczas gdy Sam słuchała uważnie. – Pani Pomfrey nie wiedziała, jak ci pomóc. Moc została zablokowana, więc padła propozycja rytuału przekazu energii.
-To niemożliwe. – stwierdziła Sam.
-Owszem, możliwe. – dyrektor nie miał ochoty na dyskusję. – Przeprowadziliśmy dwa oktogramy niemalże bez przeszkód i dzięki temu jesteś tu jako Sam, a nie pół martwa Sam. Rozumiesz? – spytał.
-Tak. – odpowiedziała.
-Wiesz, o co chodzi w tej formie magii przekazu?
-Dawca-biorca, biorca-dawca, nierozerwalna więź, poziom mocy zależny od obu stron, z tendencją do równoważenia. Jeśli dawca (biorca) ma 3/8, to biorca (dawca) ma 3/8, ale swojej mocy. Pierwsze cztery dni to wzmożona aktywność nici. W przypadku śmierci biorcy – kontynuowała Sam. – w czasie początkowym dawca ginie natychmiast. Po tym czasie (to znaczy czterech dni) śmierć dawcy lub biorcy powoduje u pozostałego przy życiu różne komplikacje.
-Idealnie. – pochwalił dyrektor.
-Jak mógł pan do tego dopuścić?! – Sam nie wrzeszczała tylko mówiła tym zimnym, nieodkurzanym do tej pory tonem.
-Od tego zależało twoje życie. – odparł Albus.
-Kto jest dawcą? – spytała Mierzeja, wstając z fotela.
-Nie jestem zobowiązany do udzielania takich informacji. – oświadczył.
-Kto! – Nehrung, która chce coś wiedzieć, potrafi posunąć się do bardziej drastycznych kroków. Albus zdawał sobie z tego sprawę, więc odpowiedział zgodnie z prawdą.
-Profesor Snape.
Mina Sam przedstawiała najpierw zdumienie, zaskoczenie i szok, a następnie nie wiem co. Powoli usiadła na fotelu. Po chwili Albusa dobiegło ciche łkanie – to Mierzeja skuliła się na fotelu i powtarzała pytanie, tylko jedno pytanie:
-Dlaczego?
Dumbledore nie miał pojęcia ani czasu, ani ochoty, ani tym bardziej odpowiedniej wiedzy w tym temacie, by udzielić odpowiedzi.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Mierzeja




Dołączył: 27 Gru 2006
Posty: 675
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz

PostWysłany: Wto 23:45, 30 Cze 2009    Temat postu:

75
Sam została sama w gabinecie dyrektora. Albus poszedł po Severusa.
-Niech on z nią pogoda. – powiedział do swych myśli kłębiących się mu w głowie i nie tylko.
Gdy dotarł wreszcie do gabinetu Miszczunia, stwierdził, że ten jest tu i może z nim pójść. Tak więc Snape na skutek Albusa znalazł się w jednym pomieszczeniu z Mierzeją… „Sam na sam z Sam” – jak określiła tego typu spotkania Andzia Mirtle. Sam na sam na skutek nieobecności Dumbledore’a, który się ulotnił.
Jungfrau siedziała cały czas na tym fotelu, tym samym fotelu i starała się ukryć łzy. Cóż jej nie wychodziło. Severus stanął za fotelem i zapytał:
-Co się stało? – to było najgłupsze z możliwych pytań.
-Nic szczególnego. – odparła, pociągnęła nosem i nic.
-To czemu lejesz łzy? – spytał.
-A co? Nie wolno?
-Sam?
-Chlip! Chlip! Chlip!
-Powiedz, co się stało. – ukląkł przed fotelem i wziął Sam za rękę, którą oczywiście wyrwała mu (co oznacza usunięcie tejże własnej koniczyny, lecz nie wyrwanie wyżej wymienionej części ciała).
Cisza, tylko chlipanie.
-Co cię tak zdenerwowało?
Tego Severus się nie spodziewał. Sam rzuciła mu się na szyję. Nie próbował protestować, bo nie miałoby to większego sensu. Teraz Mierzeja lała łzy na jego szatę.
-Cóż za odmiana. – pomyślał.
-Profesorze Snape, dziękuję. – stwierdziła w końcu Nehrung, w dalszym ciągu wisząc na szyi Severusa.
-Nie ma za co. – oświadczył.
-Dlaczego się pan tak dla mnie narażał?
-Nie było innego wariata. – odparł.
-Wariata?
-Tak.
-Aha. – i dalej wisiała mu na szyi.
-Sam?
-Tak?
-Trochę mi niewygodnie. – zasugerował.
Mierzeja puściła Severusa ze swych zaborczych ramion.
-Wiesz, że zablokowanie mocy miało miejsce na skutek twojej własnej winy? – zaczął z innej beczki.
-Tak?
-Kiedy ostatnio jadłaś coś sensownego? – spytał.
-A co to ma do rzeczy i nie tylko? – odparła pytaniem na pytanie Mierzeja, gdyż uznała to za najlepsze wyjście.
-Pani Pomfrey powiedziała mi, co mogło być przyczyną takiego, a nie innego obrotu sprawy. – oznajmił Severus, podając Dziewicy chusteczkę (jedną z tych czarnych z czarnym haftem).
-Co? – spytała z nieskrywanym zainteresowaniem.
-Twój brak zainteresowania, przynajmniej w przejawach lub przynajmniej czasami tym, co ważne dla ciała.
-Mydło? – spytała.
-Nie. – zaprzeczył, choć nie musiało to oznaczać całkowitego odcięcia się Snape’a od środków czystości. – Chodziło mi o coś innego, np. jedzenie.
-Przyswajanie składników i tak dalej? – powiedziała pytaniem.
-Od dziś – ostrzegł – będziesz normalnie się odżywiać. – oznajmił.
-Normalnie?
-Dopilnuję, aby nigdy nie doszło już do takiej sytuacji. – ogłosił.
Sam zrobiła minę pokazującą np. „A co mnie postanowienia jakieś tam obchodzą?” lub „Czego profesor Snape chce ode mnie?”.
-Sam?
-Tak?
-Jutro mecz.
-Już to słyszałam i wiem to, co należy wiedzieć. – oznajmiła Severusowi i nie tylko, poczym wydmuchała nos w jego chusteczkę.
-Chciałem ci zadać jedno pytanie. – powiedział.
-Dotyczące? – spytała Sam.
-Twojej miotły. – powiedział.
-Błyskawica 6 z napędem na wszystkie witki. – oznajmiła z szerokim uśmiechem.
Snape otworzył usta w niemym (geście) przejawie zdumienia.
-Ona jest w fazie prób. – powiedział w końcu Severus.
-Dlatego ją mam. – odparła.
-Kto nabył ten kosztowny prototyp? – spytał Miszczunio z nieskrywaną radością (że „ci paskudni Gryfoni dostaną nauczkę”), ale i troską o Dziewicę Slytherinu.
-Nikt. – odparła.
-Więc? – dopytywał się dalej.
-Więc co?
-Skąd masz tę miotłę? – Severus nie dawał za wygraną.
-Mamusia zrobiła. – powiedziała.
-Co? – to krótkie pytanie obrazowało wszystko.
-Mama wykonała prototyp, projekt i rodzinną wersję tego modelu. Wszystkie są w fazie prób, ale ja moją przyleciałam do szkoły.
Severus zrobił wielkie oczy na skutek tego wywodu.
-To niemożliwe. – stwierdził po chwili.
-To prawda. – powiedziała.
-Czyli masz najszybszą miotłę. – analizował na głos Severus.
-Wygląda jak pierwsza wersja. – Sam musiała lubić swój sprzęt, bo się uśmiechała.
-A potrafisz na tej miotle latać?
-No jasne. – odparła Sam. – Z Polski do Szkocji to spory kawał.
-Ile leciałaś? – spytał siadając w fotelu.
-Trzy godziny, ale się nie spieszyłam.
Tu Severusowi opadła szczęka.
-Idź spać, jutro wielki dzień. – powiedział, gdy nieco ochłonął.
-Dobrze. – powiedziała i już jej nie było.
Severus podniósł się z fotela i podszedł do biurka Dumbledore’a.
-Może ma jakiś środek na ból głowy. – myślał, przerzucając papiery w szufladzie.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Mierzeja




Dołączył: 27 Gru 2006
Posty: 675
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz

PostWysłany: Wto 23:45, 30 Cze 2009    Temat postu:

76
Sam wstała bladym świtem i, odziawszy się jak należy, poszła do wielkiej sali. Była sama w tym pomieszczeniu w pełnym tegoż słowa znaczeniu i nie tylko. Po chwili pojawił się w drzwiach Severus. Nie odzywając się ani słowem, usiadł obok Mierzei.
-Ma pan zamiar nadzorować, co jem? – spytała, robiąc sobie kanapkę.
-Tak.
-Śniadanie to tylko śniadanie i nie warto o tym rozmawiać. – powiedziała.
Severus podał Sam sok pomarańczowy. Wzięła dzbanek i nalała sobie do pucharka.
-To bardzo ważne. – oświadczył.
-?
-Odpowiednie odżywianie i takie tam. – powiedział.
-Muszę iść. – oznajmiła Mierzeja. – Czy wie pan, gdzie moja torba? – spytała, połykając ostatni kęs (dość trudne to było zadanie).
-Malfoy zbudował jej ołtarzyk i czci ją. – mruknął Severus.
-Tak?
-Leży w moim gabinecie. – odpowiedział.
-Aha. – i poszła sobie.

***

-Była tu Sam? – spytał Syriusz Severusa, gdy ten żłopał w najlepsze swoją kawę.
-Yhym. – i pociągnął jeszcze jeden łyk ożywczego płynu.
-Gdzie poszła? – spytał po raz kolejny Miszczunia.
-? – tu Severus wzruszył ramionami.
-To jak ty o nią dbasz?! – to nie było pytanie tylko oskarżenie.
-Zjadła śniadanie i sobie poszła. – oświadczył, popijając kolejny łyk z filiżanki. – I nie mam zamiaru za nią chodzić, bo i tak ma wystarczającą liczbę adoratorów. – dokończył.
-Czyżbyś coś sugerował? – spytał Syriusz.
-Nie. – odparł Snape i poszedł sobie.

***

Na dzisiejszej lekcji obrony przed czarną magią – zaczęła Andromeda Black. – zajmiemy się istotą dziedziczenia złej mocy. Każdy z was dostanie drzewo genealogiczne jednego z uczniów Hogwartu. Najpierw zostaną one wykonane przez was. Profesor Lupin będzie u nas gościł jutro. – oznajmiła. – Każdy przygotuje dokładnie wybraną postać, to znaczy osobę, którą wypyta o to, skąd pochodzi, rodziców z imionami, nazwiskami rodowymi, niekoniecznie panieńskimi, dziadków i ewentualnych przodków do co najmniej siódmego pokolenia. Zadaję wam tę pracę domową na jutro z wiadomego powodu. A teraz znajdźcie sobie osobę godną czegoś tam i stwórzcie jej drzewo genealogiczne. – dokończyła.
Zapowiadał się ciekawy dzień, bo każdy chłopak chciał zrobić zbiór rodzinny Sam. Ona natomiast nie przejawiała jakiegokolwiek zainteresowania tą sprawą i poradziła Malfoyowi zajęcie się chronologią genealogiczną Chomika. Draco zrobił zdziwioną minę, ale podreptał do Zwierzątka Futerkowego, które nerwowo rozglądało się w oczekiwaniu jakiejś bliżej nieokreślonej osóbki, i zaczął rozmowę od słów:
-Ty jesteś Chomik?
-No.
-Podaj mi chronologicznie swoich przodków.
-Pika?
-Co?
-Dlaczego?
-Bo Sam mi powiedziała, że jesteś Chomik z chronologią, to przyszedłem.
-Aha. – tu Gryfonka pomyślała, że Mierzeja rzeczywiście musi być bardzo przekonywująca, jeśli Malfoy postanowił robić z Chomikiem pracę.
Tymczasem okazało się, że Sam musi robić tę pracę z Andy. Bu została bez pary tak samo jak Neville.


77
-Malfoy!
-Tak?
-Przynieś nam jakieś kanapki. – to był głos Mierzei, która poprosiła nakazem wiadomego człowieka o coś do jedzenia. – Jakiś napitek też przynieś. – dodała.
-Dla niej też? – spytał z niedowierzaniem Ślizgon.
-A co? Myślałeś, że ja o sobie liczbą mnogą mówię? – spytała.
-No, nie. – bąknął.
-To idź. – poleciła. – Będziemy w pokoju „za ścianą”. – oznajmiła.
Po kilku minutach Sam miała genealogię Andy z jakimiś praprzeszłymi i zaszłymi (niekoniecznie w ciążę) ciotkami Pelagiami, Kunegundami i nie tylko.
Natomiast Andy miała spory problem z uzyskaniem tych informacji od Dziewicy Slytherinu. Owszem, gałąź rodziny ojca otrzymała w całości, jednak rodzina ze strony rodzicielki przedstawiała się: Jola – korepetytorka na kursie magii powietrza, ruchunkowość mugolska; babcia Maria – mag czasu.
-Nic więcej nie wiesz? – spytała niecierpliwie Andy.
-Nic. Babcia zawsze powtarzała, że to zbędne.
-Teraz nie jest zbędne.
Tu nastąpiła chwila ciszy, którą zmącił Malfoy, przynosząc to, o co został poproszony.
-Możesz zostawić nas same? – spytała Andy.
-Zamknij się, szlamo. – burknął Draco, ale, gdy tylko zobaczył wzrok Mierzei, wycofał się w kierunku drzwi.
-Muszę mieć odrobioną tą… - nie dokończyła, bo przeszkodziło jej wtargnięcie sowy. To biedne stworzenie przyniosło jakieś rośliny i zrzuciło je na kolana Sam. To zupełnie wybiło Andy z rytmu i przestała się interesować pracą na wiadomy przedmiot.
-Od kogo? – spytała zaciekawiona, przysuwając się bliżej Sam.
-Nie mam pojęcia. – odparła wyżej wymieniona.
-Jest liścik. – ekscytowała się Mirtle. – Przeczytaj!
-„Sam, me kochanie!
Dla Ciebie powieszę się na ścianie,
Na Żyrandolu też!
Jeśli tylko chcesz.” – po wyżej wymienionej lekturze na głos, Mierzej mruknęła: - Kurde, kto to napisał? Desperat jakiś, czy co?
-To takie romantyczne… - zachwycała się dalej Andy.
-Smerfastyczne. – burknęła Sam.
Po chwili w pokoju zmaterializował się na skutek przyjścia Syriusz, pytając o samopoczucie Nehrung. Mirtle była skłonna założyć się, że on jest autorem tych słów, kwiatów zresztą też, tylko nie wiem, w jaki sposób mógł je zrobić, bo wyglądały na żywe, a nie zdechłe.

***

Mecz Quidditcha zapowiadał się całkiem ciekawie, bo:
1)wiało
2)padało (śnieg i takie tam kurze podroby)
3)Slytherin miał nową szukającą, pierwszą w historii domu
4)komentetor miał atak grypy, więc każdy musiał patrzeć i sam (bynajmniej nie Sam) sobie (to znaczy osobiście, nie mylić z osobno) komentować
5)komentowanie meczu według Dumbledore’a zapowiadało się następująco: „Mecz się rozpoczął.” I na tym koniec.
6)wszędzie było widać transparenty „Sam górą” i „Potter cuchnie”.


78
Więc Dumbledore oświadczył:
-Mecz uznaję za rozpoczęty. – i zaczęło się. Kafel, tłuczki i znicz uwolniono. Po chwili tłuczek odbity przez Bu w kierunku Goyle’a przeleciał tuż obok Sam, która nie zwróciła na to zjawisko najmniejszej uwagi. Goyle odparował to natarcie, kierując tłuczek w kierunku Pottera. W tym czasie Patis umieściła kafel w obręczy. Weasleyowie postanowili zrobić coś, więc tłuczki popłynęły w kierunku Sam. Ona natomiast nie zwracała na to uwagi. Potter wzniósł się wyżej. Sam poszybowała z zawrotną prędkością tuż nad murawą.
Kafel przechodził z rąk do rąk. Crabe i Goyle posłali tłuczki za Potterem, który wyszedł z opresji tylko dzięki młynkowi i nagłemu obniżeniu lotu.
Zaczęło padać. Śnieg nie był tym, bo gracze i kibice lubią najbardziej. Katie umieściła kafel w obręczy, lecz po chwili Ślizgoni znów zdobyli prowadzenie.
Sam wyrwała nagle do góry. Potter też, co uchroniło go przed staranowaniem przez Goyle’a. Mierzeja spostrzegła złoty błysk tuż przy uchu Bu, po drugiej stronie boiska. Szybko poszybowała w tamtym kierunku. Potter też, widocznie i on zobaczył znicz(a).
Nagle Nehrung wzbiła się wyżej. Harry nie zdążył, oberwał tłuczkiem odbitym pod dziwnym kątem przez Crabe’a. Został trafiony dość niefortunnie – prosto w żołądek. To nie było zbyt przyjemne. Pani Hooch odgwizdała rzut wolny dla Gryfonów, ale Potter był w stanie niskiej używalności publicznej.
-Dobrze się czujesz? – spytała Sam, podlatując do niego.
-Nie.
-Przykro mi.
-?
Na to bezgłośne pytanie nie uzyskał odpowiedzi, bo oto Katie trafiła i Gryffindor prowadził. Sam pognała w kierunku złotego znicza w chwile po tym szczęśliwym dla Gryfonów odcinku czasu. Potter siedział jej na ogonie tylko chwilę, prędkość miotły Nehrung nie pozwoliła mu na wygraną.
Mierzeja chwyciła znicz i tłum na trybunach zaczął wiwatować. Należy wspomnieć, że gdzieś na początku komentować mecz zaczęła Andzia Mirtle, pozbawiając Dumbledore’a przyjemności nieinformowania ludziów, co się dzieje na boisku.
Poczym Ślizgoni poszli świętować.

***

-Wiwat Sam! – krzyczał Malfoy.
-Wiwat!!! – zakrzyknęli Ślizgoni.
Świętować można wszystko, od złamania nogi psa stryjecznej ciotki sąsiada, który mieszka w bloku obok do okazji bardziej wyszukanych np. zwycięstwa nad Gryfonami wystarczającą ilością punktów, by w dalszym ciągu prowadzić w tabeli.
Każy chciał pogratulować Mierzei, ale nie każdemu się to udało ze względu na wyżej wymieniony powód. Nagle wszystkich dobiegł śpiew:
-„Wiwat niechaj żyje Sam
Wiwat niechaj żyje Sam
Niech żyje sto lat
Nie żyje sto lat
Niech żyje Sam! – to Andy i Chomik odśpiewały coś, co z założenia miało być wykonane na dwa głosy, ale najwyraźniej wyszło inaczej niż początkowo zamierzano.
-Idziemy do pokoju wspólnego? – zaproponował Shark, chwytając Sam i sadzając ją na ramionach Crabe’a i Goyle’a ku jej zdziwieniu (ich zresztą również). I tłum popłynął do pokoju wspólnego. Były słodkości i kremowe piwo i jeszcze parę innych ciekawych rzeczy, których nie będę tu wymieniać ze względu na pewne ograniczenia, niekoniecznie fizyczne. Świętowanie przeciągnęło się do północy i dłużej, ale przyszedł Severus i powiedział:
-Gratuluję! Pora spać. – i wszyscy poszli spać. Tak przynajmniej wydawało się Severusowi.
Malfoy z uwielbieniem przyglądał się jednemu z piór, które poprzedniego dnia wyciągnął z torby Mierzei, ale i on około drugiej trzydzieści postanowił sobie odpocząć.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Mierzeja




Dołączył: 27 Gru 2006
Posty: 675
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz

PostWysłany: Wto 23:45, 30 Cze 2009    Temat postu:

79
Sam trwała nieporuszona przy stole. Postanowiła zjeść to głupie śniadanie, więc je zjadła, a teraz obserwowała, co się dzieje na sali. Tak więc Dumbledore topił skutki braku Niani w herbacie, bo na nic innego nie pozwoliła mu Poppy; orangutan jadł banana; profesor Trelawney przepowiadała Severusowi kłopoty, co było codziennym rytuałem śniadaniowym; Andy rozmawiała z Syriuszem.
-Ciekawe o czym? – zastanawiała się Sam. Postanowiła nie podsłuchiwać.

***

-Czy ma pan jakiś pomysł związany z moim problemem? – spytała Andy Syriusza. Udało jej się dopaść Łapę, gdy opuszczał wielką salę. Swój problem związany z pracą domową postanowiła przedstawić jemu, gdyż innego wyjścia nie widziała i słusznie, bo okna były szczelne.
-Tak? – spytał Syriusz, wyjmując zawartość własnej kieszeni.
Tu nastąpiła krótka relacja zdarzeń i problemów, poczym Syriusz spytał:
-To dziś przyjeżdża Lupin?
-Tak – potwierdziła Mirtle.
-Ale co to ma do rzeczy? – spytał.
-Proszę doinformować się u własnej siostry.
Tu nastąpiła wymowna chwila ciszy, o ile spodziewanej, to w rzeczywistości zupełnie niekoniecznej.
-Mam pomysł. – oświadczył Syriusz. – Czyli Sam potrafi się teleportować. – analizował. – Nie będzie problemu.
-Zawołać Mierzeję? – spytała Andy, sądząc zgodnie z prawdą, że monolog Blacka jest skończony (nie chodzi tu o groźbę typu morderstwo tylko end niekoniecznie i nie tylko happy).
-Nie. – odparł. – Poszukamy jej.
Tak więc odnalezienie Sam tuż przed zajęciami okazało się prawdopodobne, a nawet możliwe na skutek znany tylko komuś innemu niż zainteresowani. Zagadką pozostał również powód, ewentualnie korzyści, jakie Syriusz miałby ewentualnie uzyskać, udzielając pomocy Gryfonce. Najbardziej prawdopodobną wersją była chęć spotkania Sam. Tylko dlaczego nie poszedł po prostu z nią porozmawiać, tego nikt nie wiedział.
Gdy tylko osobę Sam można było uznać za odnalezioną, Black zapytał Mierzeją ni z gruszki ni z pietruszki, tylko z czegoś tam:
-To nie znasz dziadka?
Nehrung odpowiedziała z równym zdziwieniem, jak nie wiem co:
-Co?
-Pytałem cię… – zaczął powoli Syriusz. Sprawa okazała się nie całkiem tak prosta, jak początkowo sądził. Teraz Łapa doskonale zrozumiał słowa Severusa: „Zapowiada się ciężki dzień”.
-Ale co to ma do zasad etyki zawodowej mugolskich lekarzy? – spytała.
-Czego? – zdumienie Syriusza malowało się złocistymi zgłoskami na jego twarzy i nie tylko.
-Sam przygotowuje się na mugoloznawstwo. – sprostowała Andy, która odezwała się dopiero teraz z przyczyn nie znanych autorowi i paru innym osobom też.
-Myślałem, że chodzi o obronę przed czarną magią. – stwierdził Syriusz.
-To bez sensu. – oświadczyła Sam, zamykając podręcznik.
-Znalazłam, a raczej pan Black znalazł – poprawiła się Mirtle. – sposób na dokończenie pracy domowej.
-Tak?
-Tak. – to tu to Syriusz.
-Więc? – spytała Jungfrau, bo to ona pytała poprzednio, teraz zresztą (nie mylić z tym bilonem, który niekiedy, a raczej często, dostajemy w sklepie, nie znając celu takiegoż postępowania, ani zamiarów sprzedawcy wręczającego nam wyżej wymienioną rzecz) również.
-Chodźmy gdzieś. – zasugerował.
-Gdzie? – Sam i Andy spytały jednocześnie.
-Severus miał rację. – pomyślał Łapa. – To będzie ciężki dzień. – Poczym dodał:
-Do pokoju 623 przy korytarzu XXXI.

***

Gdy cała trójka znalazła się tam, gdzie powinna, Syriusz spytał:
-Jesteście pewne, że chcecie to wiedzieć?
-Tak. – odparła Sam.
-To dobrze. – tu Black zakomenderował: - Mirtle, notuj.
Andy przypomniała sobie panią F. i brudnopisik i nie miała więcej nic do powiedzenia w sensie samej siebie osobiście, więc zaczęła słuchać, co mówił Syriusz.
-Sam, skup się. – powiedział spokojnym tonem. – Zastanów się najpierw, czy np. dziadek jeszcze żyje. Musisz to wiedzieć.
-Aha. – Mierzeja zamknęła oczy i jej świadomość zaczęła poszukiwanie więzów krwi. Przed oczami przewijał jej się jakiś tam film z czymś tam.
-Skup się na brakującym ogniwie. – głos Blacka dochodził z bardzo daleka.
Nagle Nehrung zobaczyła jakąś postać, która pasowała do pewnych cech, które sobie obrała na początku. Poza tym na pewno łączyło ją z tym kimś bliskie pokrewieństwo.
-Znalazłam. – ucieszyła się.
-Wracaj. – nakazał Syriusz i Mierzeja bez komplikacji wróciła do normalnego świata, co wywołało zdumienie i nie tylko.
-Chcę go poznać. – oświadczyła i, zanim ktokolwiek zrobił cokolwiek, telepnęła się gdzieś tzn. w nieznanym i nieokreślonym bliżej kierunku.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Mierzeja




Dołączył: 27 Gru 2006
Posty: 675
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz

PostWysłany: Wto 23:46, 30 Cze 2009    Temat postu:

80
Biblioteka była pusta. Severus postanowił wzbogacić własną wiedzę na temat Dziewicy, ponieważ od dłuższego czasu tego nie robił. Wyciągnął z półki wybraną pozycję (tą co poprzednio, jakby ktoś nie wiedział), z kieszeni szaty wygrzebał banana i wręczył go bibliotekarzowi, który próbował zasugerować mu bezcelowość takiegoż postępowania, niestety, bez rezultatu.
Snape usiadł i zaczął od miejsca, gdzie skończył.
„Pochodzenie Dziewicy owiane będzie tajemnicą dla niej samej, jak i dla całej reszty. Jedyne, co mogę o niej powiedzieć, to to, że powstrzymanie jej przed odkryciem własnych korzeni jest o tyle niewłaściwe, co niebezpieczne. Jak mogę przewidzieć, część jej umiejętności to przypadek, ale większa większość to skutek kumulacji cech mocy z kilkunastu pokoleń wstecz, jak również wprzód.”
Severus był bardzo zainteresowany, jeśli wiecie, o co chodzi. Ogólnie rzecz ujmując, nie uśmiechało mu się czytanie kilkunastu stron czystej genealogii, więc po przerzuceniu paru kartek zlokalizował koniec wywodu. Brzmiał on tak:
„Spotkanie rodzinne nie ucieszy odnalezionego zaginionego członka rodziny. Nazwać go mogę jedynie…”
Tu Severusowi czytanie przerwało wtargnięcie Syriusza, który miał nieciekawą minę. Za nim podążała Andy Mirtle z miną bardzo podobną.
-Severusie, Sam się telepnęła. – poinformował.
-Gdzie? – spytał Snape, dokańczając tekst. Książka głosiła, że „Pan Ciemnej Mocy, siejący grozę, spotka Ją, gdyż przeznaczeniem jest spotkanie rodzinne.”
-No więc? – dopytywał się Snape.
-Ona teleportowała się do jakiejś swojej rodziny. – doinformował Syriusz.
-Co?! – to zdumienie spowodowało, że Severus poderwał się na równe nogi (może na nierówne?).
-Telepnęła się. – powtórzył Łapa.
-„Pan Ciemnej Mocy” – mamrotał Miszczunio. – To Czarny Pan, o Boże. – jęknął.
-Co się stało? – spytał Black.
-Ona jest nieślubną wnuczką Voldemorta. – oświadczyła Andy.
-Skąd wiesz? – zainteresował się Syriusz.
-Dedukcja. – odparła Mirtle.
-Kiedy się teleportowała? – tu Severus chwycił za szatę Blacka i potrząsnął.
-Jakieś dziesięć minut temu. – odpowiedział zapytany.
-Cukier! – powiedział Severus, poczym szybko chwycił miotłę, która z nieznanych przyczyn stała w bibliotece, i, rozwalając coś, co kiedyś było czym innym, a mianowicie szybą, wyleciał z biblioteki.
-Szybciej! – poganiał sprzęt. – Muszę opuścić teren Hogwartu.
Gdy tylko mu się to udało, teleportował się do miejsca, gdzie teraz przebywał Czarny Pan.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Mierzeja




Dołączył: 27 Gru 2006
Posty: 675
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz

PostWysłany: Śro 7:21, 01 Lip 2009    Temat postu:

-Dziadku, to ty? – spytała Sam, materializując się tuż za plecami Voldemorta, co spowodowało zaskoczenie i nie tylko. Zapytany obrócił się i zobaczył blond wydanie kogoś, kogo znał jako nie-blond (bynajmniej nie Bond), tylko szatyn, a raczej szatynka (dop. Aurora: Wiem, że to bez sensu, ale to szczegół). Popatrzył ze zdziwieniem i zadał jedno z najgłupszych pytań na świecie:
-Kim jesteś?
-Jestem Sam Mierzeja Dziewica Slytherinu Jungfrau Nehrung Allein. – odparła.
-Co? – lord zaczynał mieć dość tej dziewczyny z tyloma tytułami, ale cały czas zastanawiał się, dlaczego jej twarz wydaje mu się aż tak znajoma.
-Jestem – tu Sam się zastanowiła. – twoją wnuczką.
-Nie mam wnuczki. – odparł Voldemort, sięgając do kieszeni szaty w poszukiwaniu różdżki.
-Mam coś dla ciebie. – oświadczyła niezrażona, wręczając mu paczkę wielkości małej paczki. – Babcia mówiła, że mam ci to wręczyć, gdy cię spotkam.
Nieufnie rozwinął papier i uderzyło w niego zaklęcie. Nie było zbyt mocne, ale wywołało oczekiwany efekt zaskoczenia. Nehrung zrobiła krok do tyłu. Voldemort zajrzał do środka. Wewnątrz była chusteczka z haftem. Haft był fajny: Tom & Marie. Voldemort popatrzył na haft, potem na Sam i znowu na haft.
-Babcia nie znosi, jak do niej mówić Marie. – oświadczyła Sam, spoglądając do wnętrza paczuszki.
-Dlaczego? – spytał, zanim zdołał poskromić chęć zadania pytania.
-To ma jakiś związek z przeszłością, jak babcia była na studiach. – oświadczyła Sam, niezrażona wzrokiem Voldemorta. – Dostała stypendium w Strasburgu, a potem w Krakowie i w Moskwie. – dodała.
-Marie… - zamyślił się. – uciekła. – oświadczył.
-Nie! – zaprzeczyła Sam z całą stanowczością stając naprzeciw Voldemorta. – Ten ktoś wybrał sobie inną drogę i popełnił wiele błędów.
-Czy ty nie wiesz, kim ja jestem? – spytał.
-A co to ma do rzeczy? – odpowiedziała pytaniem na pytanie.
-Masz moc, więc zostaniesz tu i będziesz ją kształcić. – powiedział niespodziewanie.
-Nie. – odparła. – Mam inne plany.
-Marie mnie opuściła, ale ty tu zostaniesz! – powiedział Voldemort.
-Nie! – zaprzeczyła Sam. Nie zauważyła, że ręka Czarnego Pana płonie w ogniu mocy, nie zdążyła się też uchylić i Voldemort uderzył ją w twarz. Sam pofrunęła na skutek uderzenia i spotkała na torze swojego ruchu ścianę, zwykłą, solidną i jak najbardziej mugolską.
W tej chwili zmaterializował się Severus. Zobaczył, jak Mierzeja leci, odbija się od ściany, ale nie upada.
-Dziwne. – pomyślał. Jego obecności nikt nie zauważył.
Tymczasem Sam otarła wierzchem dłoni krew z rozciętej wargi.
-To tak witasz rodzinę? – spytała. – Może babcia też musiała słuchać tego rozkazywania? Może też przemocy używałeś?
Voldemort nie podszedł do Sam.
-Jesteś niewychowana, krnąbrna i nieposłuszna. – oświadczył. – I to ja będę zmuszony nauczyć cię pewnych zasad.
Poczym uderzył w Allein takim zaklęciem, które wgniotło ją z mur z taką szybkością i siłą, że posypał się tynk.
-Ehm. – zaczął Severus, ale w dalszym ciągu nikt nie zwracał na niego uwagi. Należało by tu najprawdopodobniej wspomnieć o tym, iż Dziewica Slytherinu straciła przytomność na skutek spotkania z wyżej wymienioną ścianą, więc osunęła się (Mierzeja, nie ściana) na podłogę.
Severus postanowił porzucić postawę bierną na rzecz czynnej i w oka mgnieniu (to taka przenośnia, w rzeczywistości to trwało nieco dłużej) znalazł się przy niej.

***

-Albusie, Severus zwariował. – oświadczył Syriusz.
-Tak?
-Zgłosił się na ochotnika do samobójczej misji odbicia Mierzei z rąk rodziny.
-A kto jest tą rodziną?
-Sam-Wiesz-Kto.
-Nie żartuj, przecież sama siebie nie mogła porwać.
-O Voldemorcie mówiłem. – sprostował Syriusz.
-A to co innego. Co?!?!!!!
-Tak.
-A niech to jasny cukier!


82
Severus pochylił się nad Sam. Sprawdził puls, oddech – były, ewentualne uszkodzenia kręgosłupa – brak.
-Kogóż widzą me oczęta? – był to głos Voldemorta, bo któż inny postanowiłby mówić do ludzi z taką składnią.
-Witaj, Panie. – oświadczył Snape, nawet nie patrząc w kierunku adresata tych słów.
-Severusie – Voldemort wymówił te słowa z pewnym naciskiem.
-Tak? – spytał Miszczunio, analizując dawno zapomniane tabele medyczne na potrzeby Nehrung.
-Co tu robisz? To spotkanie rodzinne.
-Wiem. – odparł Snape, odgarniając włosy Sam. – Będzie miała guza. – mruknął, poczym zmaterializował kompres i położył go na wyżej niewymienionej części ciała, wyżej wymienionej osoby (na pewno nie Voldemorta).
-Jesteś moim szpiegiem i powinieneś dostarczać mi dobrych, ewentualnie złych, ale rzetelnych informacji. – poinformował go Czarny Pan.
-Obecnie jestem opiekunem Dziewicy Slytherinu. – zakomunikował Snape.
-?
-Legenda mówi o jej przybyciu. – oświadczył Severus z miną znawcy. – Ma walczyć z Dziewiecem Gryffindoru, a jej moc to kumulacja wszystkich właściwości magii spotykanych przez zeszłe i przyszłe pokolenia. Jest dziedziczką i twojej mocy. – dokończył.
-Księżniczka Ciemności? – spytał Voldemort.
-Coś w tym stylu, ale nie do końca. – odparł Severus, próbując przywrócić przytomność Sam, co za bardzo mu nie wychodziło.
-Jak to?
-Oficjalnie nie jesteś panem, lordem, królem czy kimś takim. – odparł Snape. – Oficjalnie ona nie ma dziedka.
-Chole… - chciał zakląć Voldemort, nie wiedząc czemu. Przerwał mu Miszczunio.
-Cukier.
-Co to ma do rzeczy? – spytał Czarny Pan.
-Nic. – tu udało mu się spowodować oprzytomnienie Mierzei.
-Co się stało? – spytała.
-Ściana. – szybko stwierdził Snape, uznając, że to wszystko wyjaśnia. – Nie wstawaj. – ostrzegł Mierzeję.
-To mam leżeć na podłodze? – spytała.
-Nie. – tu Severus podniósł Dziewicę Slytherinu, nie zdadając sobie trudu zadania jej pytania, o co chodzi, dlaczego i nie tylko.
-Hej! Co pan robi, profesorze? – spytała więc ona.
-Jest tu coś, co wymaga wyjaśnienia. – zaczął Voldemort.
-Jest tu jakaś kanapa? – spytał Severus z nadzieją w głosie.
-A po co ci kanapa? – spytał Sam-Wiesz-Kto (bynajmniej nie Mierzeja).
-A na co ludziom kanapy? – spytała Sam z kpiną w głosie.
-Do siedzenia? – zasugerował Voldemort.
-No właśnie. – odparł Miszczunio. – To gdzie ona?
-Kto?
-Nie kto, tylko co. – powiedziała dobitnie Sam.
-Kanapa w pokoju obok. – odparł Czarny Pan.
Tu nastąpiło przemieszczenie Sam względem podłoża. Severus umieścił ją na meblu, którego nazwę wymieniono już wcześniej, więc nie będę tu jej przypominać. Umieściwszy ją (Sam, nie kanapę) jak należy, spytał:
-Jak się czujesz? – to Miszczunio.
Sam spróbowała usiąść, ale zaraz opadła ponownie do pozycji poziomej. Snape zaniepokoił się.
-Co jest?
-Albo mi się wydaje, albo mnie mdli. – oświadczyła.
-To nie jest zbyt dobra nowina. – uznał.
-?
-To powoduje, że muszę się zastanowić, co ci jest, albo raczej nie muszę. – oświadczył.
-To co jej jest? – spytał Voldemort, wychylając się zza ramienia Severusa.
-A co cię to obchodzi!?! – odpaliła Mierzeja bez namysłu. Snape zauważył, że jej źrenice stały się niczym te, które posiada żmija – cienkie, długie i śliczne (zależy, co kto woli i dlaczego), a jej wzrok tak zimny, że Miszczunio się wzdrygnął.
-Jesteś arogancka i ja… - zaczął Voldemort, ale przerwał mu Severus, nie zważając na konsekwencje takiegoż zachowania.
-Czy mógłbyś zostawić nas samych? – spytał dość dobitnie.
-Nie? – odparł Czarny Pan.
Sam udało się jakoś usiąść i dołączyła się do rozmowy.
-Jeśli zaraz stąd nie wyjdziesz, to nie ręczę za siebie. – oznajmiła.
-Tak? – spytał.
-Jeśli ci na tym zależy, to pojawi się tu zaraz ktoś, kogo… – tu wywodzik Sam przerwało wtargnięcie do pomieszczenia na skutek wybicia szyby na skutek tarana zamontowanego na miotle, który mógłby skruszyć najtwardsze mury, pewnej osoby. To wszystko było efektem pojawienia się babci Sam.
Starsza pani zatoczyła wdzięcznie krąg pod sufitem, poczym z gracją zsiadła z miotły. Omiótłszy spojrzeniem zaistniałą sytuację czasoprzestrzenną, stwierdziła:
-Ale rudera. – tu widocznie zauważyła bladą Sam i jeszcze bledszego Severusa, który nie miał pojęcia, co robić.
-Młody człowieku, zabierz ją w bezpieczne miejsce. – oświadczyła babcia tonem nieznoszącym sprzeciwu. Snape postanowił telepnąć się gdzieś, gdzie nie byłoby Voldemorta, a tym bardziej babci Sam. Coś go w tej starszej pani niepokoiło, tylko jeszcze nie wiedział co.
-Co tak stoisz! Rusz się. – zakomenderowała. – Ja mam tu do pogadania z moim niedoszłym.
-Kim? – spytał Severus z zainteresowaniem.
-Nie twój interes. – ofuknął go Voldemort.
Snape podszedł do kanapy i miał już usiąść w celu teleportnięcia się razem z meblem ze względu na Sam, ale został rażony zaklęciem. To nie było Zaklęcie Niewybaczalne, to było coś, co możemy tu nazwać „Piekiełkiem”. Czuł się tak, jakby coś z niego ulatywało i miał dziwne uczucie, że to moc.
-Do cukru, co on robi? – spytał sam siebie.
Mierzeja nie miała zamiaru patrzeć na powolną męczarnię Severusa. Wyciągnęła zaciśniętą pięść w kierunku Voldemorta i powoli wyprostowała palce, obracając dłoń. W dużym skrócie:
1)Severus odkrył, że podłoga jest twarda
2)Voldemort poczuł, że ściana jest twarda
3)Sam odpłynęła
-Cukier. – zaklęła babcia Dziewicy. – Jest dopiero jedenasta, a oni już nieprzytomni.
-Przytomni. – Severus sprzeciwił się słabym głosem.
-Jesteś przytomny, to dobrze. – powiedziała, pomagając mu usiąść na kanapie. – Teleportuję was. – oświadczyła. – Ale gdzie i kiedy to ja nie wiem. – dodała po chwili.
-Aha. – Severus udał, że nie słyszał tego wywodu.
-Postaraj się ją obudzić, docucić, czy coś w tym stylu. – dodała, poczym kanapa gdzieś odjechała.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Mierzeja




Dołączył: 27 Gru 2006
Posty: 675
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz

PostWysłany: Śro 7:21, 01 Lip 2009    Temat postu:

83
-Gdzie my jesteś my do ciężkiego cukru? – zastanawiał się Severus.
-800 rok, Rzym. – odparła Sam.
-Co ja tu robię? – spytał Snape, biorąc się za głowę.
-Nic? – zasugerowała Sam.
-Dobrze się czujesz? – spytał bez wyraźnego powodu.
-Nie.
-To odpoczywaj. – oświadczył. – Ja się rozejrzę.
Poczym odszedł.
-Profesorze Snape? – zawołała Sam po chwili.
-Tak? – dobiegł ją odległy głos.
-Proszę uważać na… - zaczęła, ale przerwał jej dźwięk sygnalizujący to, co normalnie słychać, gdy ktoś spada (brzmiało to tak: Ups… AAAAŁ… xxxxx… cukier, cukier, cukier!!!!) - … schody. – dokończyła.
Po paru minutach poobijany Severus pojawił się w polu widzenia.
-Co my tu robimy? I skąd wiesz o schodach? – spytał, masując potłuczone koniczyny.
-Ja?
-Tak, ty! A co myślałaś? Zajączek wielkanocny?
-?
-Już nic. – tu usiadł obok Sam. Popatrzyła na niego. – Co się patrzysz?! – spytał, ofukując ją wzrokiem. I to był jego błąd.

***

Tymczasem w roku odpowiednim w rezydencji Voldemorta padły nie trupy, lecz słowa.
-Okropny! – to komentarz babci Sam sadowiącej się w fotelu. Słowa te dotyczyły wyglądu „Tomiego”, jak go nazywała. – Ta rudera nie nadaje się do zamieszkania. – oświadczyła.
-Co to było do jasnej ciasnej? – spytał Voldemort, siadając na podłodze i sprawdzając, co się mogło stać, że czuje się tak, jakby przeszło po nim stado.
-Co? – spytała.
-To. – odparł, wstając i wskazując na ślad na ścianie.
-Pieczątka? – spytała.
-Niepokorna niewiasto – zagrzmiał Voldemort. – jakim prawem…
Tu nastąpiło przerwanie tegoż wywodu przez bezceremonialne:
-Czego? – wypowiedziane podczas wstawania.
-Co to znaczy? – wyciągnął chusteczkę.
-Dostałeś to, co ci się należało. – oświadczyła.
-Ależ Marie… - próbował coś wytłumaczyć.
-Wybrałeś. – oświadczyła zimnym, wręcz lodowatym tonem.
-Co wybrałem? – Voldemort był wyraźnie zdziwiony.
-Układ był jasny. – oświadczyła. – To przelotna znajomość, nikt nie ponosi konsekwencji, a w skrócie to ty nie ponosisz odpowiedzialności. – podeszła bliżej i dźgnęła go palcem w pierś (nie chodzi o biust). Czarny Pan próbował przerwać potok słów, ale mu to nie wychodziło.
-Wiem, co byś zrobił – kontynuowała. – gdybyś się dowiedział o dziecku, a ja nie miałam zamiaru czekać, aż zabiłbyś to niczemu niewinne stworzenie. – postąpiła krok naprzód, zmuszając Voldemorta do uczynienie tegoż samego, tylko w odwrotnym kierunku, a raczej zwrocie. – Ty byś zabił nasze dziecko, bo przeszkadzałoby ci w karierze, poza tym kto by się przejmował żądaniami Voldemorta, gdyby było wiadomo, że ma dziecko, dodatkowo ze szlamą!
-Po jakie licho tu przyszłaś? – udało mu się spytać.
-Chciałeś ją skrzywdzić. – oświadczyła.
-Ależ Marie…
-Nigdy więcej tak do mnie nie mów! – wycedziła.
-Ale…
-Ty nigdy nie zaangażowałeś się w jakikolwiek związek, a ja myślałam, że może się zmienisz. Bzdura! – tu babcia Sam chwyciła zdezorientowanego Voldemorta za poły szaty i potrząsnęła. Pragnę tu zauważyć, że starsza pani nie była zbyt wysoka i praktycznie wisiała u kołnierza Voldemorta.
-Czego chcesz? – spytał nie całkiem pewien, co się w dół od niego dzieje.
-Dam ci nauczkę. – oświadczyła lodowatym tonem.
-Przecież nie chciałem nikogo skrzywdzić. – powiedział.
-A ten miły, młody człowiek? – spytała (dop. Aurora: gdyby to Snape słyszał, to by się o budę zabiłWink). – On jest nikim? A Sam? Nie pozwolę ci skrzywdzić mojej wnuczki! Nie byłeś godzien nawet jej poznać, ale poznałeś. Lecz nigdy nie poznasz swojej córki. Nie pozwolę na to!
-A skąd masz tą pewność? – spytał.
-Stąd, że nie byłeś w stanie nas znaleźć. Znalazłam jej strażnika tajemnicy i możesz długo i namiętnie jej szukać. – tu pchnęła Voldemorta na ścianę. Wyżej wymieniony zastosował złożone zasady mechaniki, by ustać na nogach.
-Jesteś nic niewartym śmieciem. – oświadczyła.
-Jak śmiesz! – zagrzmiał Voldemort, odzyskując pewność siebie.
-Normalnie. – spokojnie oświadczyła babcia Sam.
-Ona też jest tak samo niewychowana jak ty. – stwierdził Voldemort.
-Ona jest elokwentna i dobrze wychowana. – odparła. – Ma tylko własne zdanie.
-Jej matka jest pewnie taka sama. – burknął.
-Przynajmniej jest bezpieczna.
-Nie na długo.
-Na wieczność. – oświadczyła.
-Nie masz prawa izolować mnie od mojego dziecka, Marie! – niemal krzyczał.
-Mam takie samo prawo jak ty do oddychania. Ona żyje w przekonaniu, że nie ma ojca, a przynajmniej, że ty nie jesteś jej ojcem! – powiedziała.
-To niby kto? – spytał z kpiną w głosie.
-Śmierć. – odparł.
-Nie żartuj. – prychnął. – On nie lituje się nad ludźmi. – popatrzył na uśmiech babci. – Lituje się?
-Przekonałam go. – oświadczyła.
-Nie możesz mi tego zrobić, Marie. – Voldemort stracił pewność, czy wie, co ma robić. – To moje dziecko.
-Nie mów do mnie Marie! – wycedziła babcia.
-To jak?
-Marianna.
-Ładne imię. – powiedział Voldemort. Tu należy zauważyć szybki ruch babci, przyłożenie w twarz Czarnego Pana i komentarz:
-Nie czaruj. Drugi raz nie dam się na to nabrać.
-To bolało. – stwierdził z wyrzutem Voldemort.
-Cicho bądź, bo następnym razem parasolką dostaniesz. – ostrzegła.
-Jak mogłaś? – spytał.
-Normalnie.
Tu nastąpiła chwila ciszy. Przerwał ją Voldemort.
-Jak ona się nazywa? – spytał.
-A co ci do tego? – burknęła Marianna, zupełnie nieprzygotowana na takie pytanie.
-To moje dziecko. – próbował argumentować w miarę logicznie.
-Powtarzasz się. – odparła.
-Chyba do tego mam prawo.
-Prędzej lewo.
-Co?
-Idź się utop!
-?
-W toalecie.
-Proszę, powiedz mi.
-Co? – spytała babcia.
-Jak jej na imię.
-Jola i odczep się! – burknęła babcia.
-Mogę ją spotkać?
-Spadaj, facet. – odparła.
-Jak możesz być tak okrutna?
-Tak samo jak ty. – stwierdziła, podchodząc do niego i rzucając mu te słowa w twarz. – Nigdy nikogo nie kochałeś, najważniejsza była ta gromada ludzi zajętych tym, czym nie powinni być zajęci. Na miłość nie miałeś czasu, a ze mną na randki umawiałeś się w ramach zakładu, co wiem z pewnego źródła. Byłeś i jesteś podły. Nie zasługujesz nawet na śmierć! Nie zasługiwałeś nigdy, aby ktokolwiek cię kochał, a ja jednak cię kochałam. Byłam głupia, pozwoliłam ci, byś mnie skrzywdził. Teraz chronię MOJĄ rodzinę. – powiedziała i zniknęła. Voldemort stał osłupiały. Po chwili u jego stóp wylądowała kartka. Poznał pismo, przeczytał półgłosem: „Co ci się stało z twarzą?”. Poszedł do lustra.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Mierzeja




Dołączył: 27 Gru 2006
Posty: 675
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz

PostWysłany: Śro 7:27, 01 Lip 2009    Temat postu:

84
Broda Sam drgnęła, w oczach przemknął zły błysk i zniknął równie szybko, jak się pojawił. Severus był prawie pewien, że wiedział, jak udobruchać Sam. Należało powiedzieć kilka ciepłych słów i problem miało się z głowy. Jednak z miny Mierzei wywnioskował, że ta metoda może być rozwiązaniem problemu, ale równie dobrze może to spowodować komplikacje, z których niejasno i dość niewyraźnie na skutek czegoś tam zdawał sobie sprawę.
-Sam? – spytał. Odwróciła się do niego plecami. Przesiadł się, by jej twarz była naprzeciw jego twarzy – ponownie się odwróciła. (dop. Aurora: Wniosek – Sam siedzi na środku kanapy).
-Sam! – tu chwycił ją za ramiona, starając się uniemożliwić jej możliwość pokazywania wszem i wobec skutków niezadowolenia.
-Czego pan chce? – spytała z wyrzutem w głosie.
-Nie chciałem powiedzieć niczego, co mogłoby cię urazić. – zakomunikował. Mierzeja obróciła głowę.
-A powiedział pan. – odparła.
-Nie chciałem cię urazić. – zakomunikował ponownie.
-Tak? Może jeszcze chciał mnie pan rozweselić? – spytała z kpiną w głosie.
-Tak… nie… Ludzie!
-Czego!
-Nie rozumiem, dlaczego się obrażasz.
-Ja? – spytała Jungfrau.
-Tak, ty.
-Ja demonstruję moje niezadowolenie. – oświadczyła.
-Z czego?
-Co z czego? – spytała.
-Dlaczego się tak zachowujesz? – Snape tracił cierpliwość.
-A jakby się pan zachował, gdyby się dowiedział, że ma dziadka Voldemorta, drugi jest Śmiercią, a trzeci gra w karty z mugolami, by im udowodnić niższość gatunkową?
-Nie wiem. – odparł Severus. – Masz trzech dziadków? – spytał nerwowo.
-Tak.
-I jeden z nich to Śmierć?
-Tak.
Snape odczekał chwilę. Analiza tych informacji była niewykonywalna.
-Wszystko będzie dobrze. – oświadczył, przyciskając Sam do swej szerokiej (?) piersi (???).
-Co pan robi? – spytała zdziwiona.
-Zapewniam cię o dobrych widokach na przyszłość.
-Tak?
-Wszystko będzie w porządku. – zapewnił ją ponownie.
-Bujda na resorach. – stwierdziła Sam z nosem w jego szacie. Po chwili wyszarpnęła się z jego objęć. – Co pan robi? – spytała z wyrzutem. Severus był zakłopotany, bo nie zrobił nic, co mogłoby go usprawiedliwić.
-Pocieszam cię? – zapytał nieco zdezorientowany.
-Tak?
-Może mi wytłumaczysz o co chodzi? – zasugerował.
-To jest Rzym. – powiedziała.
-Tak. – poparł ją Snape, niejasno zdając sobie sprawę, że inna odpowiedź nie wchodziła w grę z przyczyn czysto technicznych i nie tylko.
-Jest rok 800, 25 grudzień w godzinach przedpołudniowych. – oświadczyła. – By się stąd wydostać, należy znaleźć portal.
-Nie możemy się po prostu telepnąć? – spytał zdziwiony.
-To zmieniłoby czasoprzestrzeń i doprowadziło do powstania dwóch, z pozoru nie różniących się rzeczywistości, więc ta, do której trafimy, nie musi być tą właściwą.
-Rozumiem. – powiedział Severus. – Ale gdzie jest portal?
-Tu jest pies pogrzebowy. – oznajmiła Jungfrau. – To korona Karola Wielkiego.
-Nie! Nie żartuj sobie ze mnie. – oświadczył Severus, wstając z kanapy. – On będzie zaraz koronowany.
-A gdy go koronują, to zostaniemy tu ładnych parę dni dłużej, aż skrystalizuje się nowy portal. – Sam podjęła wątek. – To nie jest ciekawa sytuacja.
-Hej, to moja kwestia. – rzucił Snape.
-Przepraszam.
-Nic nie szkodzi.
-Musimy dostać się do katedry. – udzieliła informacji.
-Możesz wstać? – spytał Severus z troską.
-Tak. – odparła.
-A czy nie kręci ci się czasem w głowie?
-Trochę, ale to przejdzie. – zapewniła Miszczunia pośpiesznie.
-To ruszajmy. – powiedział Severus, przepuszczając Sam przodem.
-Nie możemy pokazać się w takich ciuchach. – stwierdziła Mierzeja, gdy szli po schodach (tych schodach).
-Dlaczego?
-Wie pan, profesorze – zaczęła, lecz jej wywód został przerwany przez następujące zdanie autorstwa Snape’a:
-Mów mi po imieniu.
Tu nastąpiły następujące wydarzenia:
1)Jungfrau zadała pytanie: „A jak pan ma na imię?”
2)Severus udzielił jej informacji
3)Sam popatrzyła na niego dziwnie
4)Mierzeja powiedziała: „To mi chyba nie wypada”
5)Severus nie znalazł odpowiedzi na wniosek Sam
Po chwili Dziewica Slytherinu wróciła do przerwanej czynności, polegającej na przemieszczaniu się. Snape pospiesznie ruszył za nią.
-To w co się przebierzemy? – spytał po paru minutach.
-Chwilkę. Analizując trendy w modzie dochodzę do wniosku, że to będzie najlepsze. – tu klasnęła w dłonie i ubrania pojawiły się na właściwych ludziach.
-Ładne. – stwierdził Snape.
-Może być. – odparła Mierzeja.
Severus doszedł do zaskakującego wniosku, że Sam równie ładnie wygląda w czymś krótkim, jak w czymś zgoła odmiennym. (dop. Aurora: Nie chodzi o goła w sensie braku odzienia, tylko w innym sensie; mając na myśli coś odmiennego nie mówimy o czymś jeszcze krótszym).
-Czy jesteś pewna, że wiesz, co robimy? – spytał.
-To, co musimy. – odparła Sam.
-Jaką rolę gram? – spytał Severus.
-Dobrego męża. – odparła.
-?
-A ja twej żony, o panie. – tu spostrzegła zdumienie Snape’a. – To chwilowy stan atmosfery w celu uwiarygodnienia naszych osób jako gości króla.
-Inscenizacja? – upewnił się.
-Czym pan się przejmuje? – rzuciła beztrosko. – To jest jak bal przebierańców.
-Dobrze.
-Proszę rzucić na nas zaklęcie tłumaczące. – poprosiła.
-Po co? – Severus nie wiedział dlaczego, nie znał celu i to go denerwowało.
-Oni tu mówią po łacinie, francusku i włosku. – powiedziała. – A te dwa ostatnie języki w niczym nie przypominają tych, które my znamy.
Snape rzucił czar i Sam przeniosła ich do wnętrza katedry, bo wokół pełno było ludzi.
-Sam, zrób coś, bo ja z nimi nie pogadam. – spanikował Severus na widok dygnitarzy.
-Proszę ich po prostu powitać. Z ukłonem. – dodała.
-Nasi goście! – zachwycał się jeden z biskupów. – Jesteśmy niezwykle szczęśliwi, mogąc widzieć was, panie, w zdrowiu. – tu dopiero zauważył Sam. – Zaprawdę piękną masz małżonkę, diuku.
Gdy tylko dygnitarz sobie poszedł, Snape zwrócił się do Sam:
-Diuku???
Mierzeja wzruszyła ramionami.
-Widocznie wyglądasz na diuka, panie. – tu dygnęła.
-Nie wygłupiaj się. – ostrzegł.
-Tego wymaga etykieta.
-Sam, czy dobrze się czujesz? – spytał Miszczunio. – Jesteś dziwnie blada.
-Nic mi nie jest. – odparła. – Już nastawiłam licznik czasu. Teraz wystarczy zatrzymać to – tu wskazała na katedrę. – i dotknąć korony.
Insygnia władzy leżały na ołtarzu. Snape miał niejasne przeczucie, że coś może pójść nie tak.
-Już. – dobiegł go słaby głos Mierzei.
Severus zauważył, że:
1)Wszyscy oprócz nich się nie poruszają
2)Sam podąża ruchem jednostajnie przyspieszonym na spotkanie z podłogą
Złapał ją bez problemu i szybko pobiegł do ołtarza. Wziął dłoń Sam i dotknął korony jednocześnie własną i niewłasną koniczyną. Wszystko się rozpłynęło. Po chwili wylądował w małym pomieszczeniu z masą różnych takich dziwnych rzeczy. Odnalazł klamkę, cały czas trzymając Sam. Wyszedł. Przed nim był korytarz, a on wyszedł ze składziku na miotły.
Była 11.30, 11 grudnia, środa.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Forum Ferajny Strona Główna -> Fan Fiction Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Następny
Strona 2 z 8

 
Skocz do:  
Możesz pisać nowe tematy
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin